Małgorzata Musiał „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”. Recenzja

okładka książki Małgorzata Musiał Dobra relacjaJuż na samym wstępie powiem, że wedlug mnie to powinna być obowiązkowa lektura dla rodziców, dołączana do wyprawki szpitalnej czy kupowana na baby shower! Co prawda, dotyczy ona głównie dzieci trochę starszych niż niemowlęta, ale tak naprawdę można jej motyw przewodni zaaplikować tak do malutkich dzieci, jak i do dorosłych – a nasze relacje na pewno na tym skorzystają!

Małgorzata Musiał nie sili się na tworzenie nowych, skomplikowanych teorii – po prostu bierze z tych znanych i stosowanych przez nią to, co najważniejsze, dorzuca do tego ogrom swojego doświadczenia w pracy z rodzicami, a na dokładkę dodaje to, co do mnie przemawiało najbardziej: swoje doświadczenia mamy trojga dzieci. Znajdziemy w tej książce najważniejsze założenia znanych autorów z nurtu bliskościowego, jak Jesper Juul czy Lawrence Cohen, pokazane na konkretnych, czytelnych przykładach z życia autorki lub jej klientów – a wszystko to na kanwie przejrzystego modelu piramidy, który hasłowo podsumowuje najważniejsze „narzędzia” z tytułowej skrzynki. Do poszczególnych elementów piramidy na pewno będę wracać tak w życiu osobistym, jak i wspierając rodziców.

Dotychczas żadna z książek o wychowaniu, czy też raczej o relacjach z dziećmi i wspieraniu ich w zdrowym rozwoju emocjonalnym, psychicznym i społecznym, nie wywarła na mnie wrażenia tak jasnej w przekazie, a jednocześnie kompletnej, rozwiewającej wiele faktycznych, życiowych wątpliwości. Jestem przekonana, że niezależnie od tego, na jakim „poziomie zaawansowania” w rodzicielstwie jesteś – czy to Twój pierwszy niemowlak, czy masz w domu nieco podrośniętą już czwórkę – wyciągniesz z tej książki coś cennego dla siebie, co wzbogaci lub wesprze Twoje relacje z dzieckiem (albo inną ważną dla Ciebie osobą!). Znamienne jest to, jak bardzo życiowa jest ta pozycja – nieczęsto zdarza mi się namówić przyjaciółkę do zakupu lektury, a potem wymieniać się spostrzeżeniami w miarę czytania… no dobra, to był mój pierwszy raz! Wreszcie ktoś podołał zadaniu napisania o rodzicielstwie pełnym szacunku w sposób tak wspaniale klarowny, że tylko brać i robić, a jednocześnie bez spłycania i popadania w banały.

Dla początkujących, zaawansowanych i ekspertów – zarówno rodziców, jak i profesjonalistów. Prawdziwa perełka!

Jürgen Thorwald „Ginekolodzy” – recenzja

Swego czasu głośna książka, o której słyszałam głównie, że jest straszna – a że byłam akurat w ciąży, to darowałam sobie tę lekturę. Przypomniałam sobie o niej ostatnio, kiedy miałam już Kindla i pożyczanie książek stało się dużo łatwiejsze (mieszkając za granicą, rzadko mogę po prostu pożyczyć od koleżanki książkę po polsku, a na kupowanie miałam wewnętrznego „bana” ze względu na liczbę oczekujących na półce książek 🙂 ). Ale do rzeczy.

„Ginekolodzy” to książka przedstawiająca kamienie milowe historii tego zawodu, od najwcześniejszych początków w głębokim średniowieczu, po lata 80., kiedy Thorwald napisał to dzieło. Brzmi nudno? Jeśli chodzi o treść – bynajmniej! Faktycznie, część – jeśli nie sporo – historii po prostu mrozi krew w żyłach: te wszystkie operacje na żywca, ośmiokolilogramowe torbiele i makabryczne rozwiązania w przypadku utknięcia dziecka w kanale rodnym podczas porodu…

Z drugiej strony, absolutnie nie da się tu wyczuć taniej sensacji. Ta książka to świetna literatura faktu, rzetelna i nieoczywista w swoich wnioskach. Bardzo, ale to bardzo dała mi do myślenia – ponieważ historia ginekologii to zarówno historia upartych geniuszy działających wbrew religii, kulturze i całemu środowisku lekarzy po to, aby znaleźć sposób ulżenia cierpiącym kobietom, jak i historia przeambicjonowanych, aroganckich dupków, którzy z egoistycznych pobudek wykonywali – kosztem wielu żyć – eksperymenty na kobietach i organizowali sobie wyścigi „kto więcej zoperuje w krótszym czasie”. Wszystko to głównie w czasach przed wynalezieniem antyseptyki, skutecznego znieczulenia, porządnych szwów…

To lektura zdecydowanie godna polecenia, bo nieoczywista, bez jednorodnej tezy. Z jednej strony wzbudza niepokój, jaskrawie pokazując, że wcale nie jesteśmy na mecie postępu medycznego, jak chciałoby wielu aroganckich lekarzy dziś, np. zalecających niepotrzebne cięcia cesarskie dla kasy czy okłamujących kobiety, że interwencje w ciąży i porodzie nie mają skutków ubocznych. Z drugiej strony daje nadzieję, szczegółowo punktując, że zawsze znajdzie się ktoś myślący pod prąd, idący swoja drogą, nieowładnięty żądzą kontroli, nierozleniwiony tym, co jest „wystarczająco dobre”. Dobra, mocna lektura!

Czytałaś „Ginekologów”? Daj znać w komentarzu, jak Ci się podobało!

Jak przetrwać Święta z dzieckiem?

…a właściwie z teściową, ciocią Krysią, rubasznym wujkiem Zenonem i hordą rozwydrzonego kuzynostwa? 😀

Tak, to raczej oni mogą stanowić trudność w fajnym i w miarę spokojnym przeżyciu Waszych pierwszych Świąt z dzieckiem niż samo dziecko… Większość dzieci przepada za atrakcjami, niecodziennością, a już choinka błyskająca światełkami i kolorowymi ozdobami to prawdziwy hit!

Ale nie łudźmy się, nie zawsze jest tak różowo. Wiele dzieci będzie świetnie znosiło wizyty rodziny, dziwne pory drzemek i hałas, ale za to na przykład przestanie COKOLWIEK jeść. Część natomiast, no cóż, będzie chciała przez calutki czas wtulać się w Ciebie i tylko znad Twojego ramienia z zaciekawieniem oglądać co się dzieje.

dziewczynka trzymająca bombkę

Wiem, że już pewnie jesteś jedną nogą w bigosie (noga w bigosie! To raczej w beczce kiszonej kapusty 😉 ), ubieraniu choinki, pierdolniku w kuchni, pakowaniu ostatnich prezentów i tak dalej, dlatego podrzucam hasłowo:

KRÓTKA INSTRUKCJA PRZETRWANIA ŚWIĄT z dzieckiem

Po pierwsze: SEN i codzienna rutyna

  • Zadbaj o bezpieczeństwo. Obce łóżka, materace, łóżeczka turystyczne nie są naszym znajomym i setki razy wypróbowanym miejscem snu i drzemek dziecka. Zabarykaduj wolne boki, odrzuć na bok warstwy narzut, kołder, poduch, kocy, żeby nie było ryzyka, że dziecko wtuli buzię w coś dużego i miękkiego. Połóż się razem z dzieckiem i sprawdź, czy materac nie jest jakiś „nie taki”: za miękki, za sprężysty, wodny, zapadający się krzywo itp. Najlepiej mieć swoje łóżeczko turystyczne albo znaleźć mały materacyk, który można położyć w dowolnym miejscu na podłodze – to u mnie w komplecie z własnym kocykiem dziecka sprawdzało się najlepiej.
  • Wyluzuj! Prawdopodobnie drzemki i pory spania się totalnie rozlegulują, i wiesz co? To jest OK! Bądź blisko dziecka, to zauważysz, jeśli to szaleństwo kompletnie nie będzie mu odpowiadało. Wtedy możesz spróbować przywrócić trochę więcej regularności i przewidywalności.
  • Dziecko może potrzebować więcej bliskości. Może na przykład WCALE nie chcieć Ci schodzić z rąk. Te wszystkie bodźce, dużo ludzi, odświętny nastrój i, cóż, pośpiech i nerwy mogą onieśmielać i sprawiać, że dziecko zechce wycofać się do swojej bezpiecznej bazy (tak, o Tobie mowa!). Bardzo polecam załatwienie choćby tylko na ten czas (choć osobiście nie wyobrażam sobie bez niego rodzicielstwa na co dzień!) nosidła ergonomicznego – będziesz mogła w razie potrzeby przygotować całą kolację wigilijną z dzieckiem przytulonym do Ciebie (been there, done that)… a i kwestię bezpiecznego miejsca na drzemkę masz wtedy załatwioną!
  • Jeśli wyjeżdżasz, weź ze sobą znajome szczegóły życia. Kocyk, przytulanka, może poduszka czy książeczka, zabawka, obrazek – sama wiesz, co pomaga Twojemu dziecku w poczuciu się bezpiecznie. Ale też bez przesady – nie zabieraj ze sobą w bagażniku połowy domu. Swoje najważniejsze źródło poczucia bezpieczeństwa ma przecież ze sobą (tak, znowu mowa o Tobie!).
  • Dzieci uczą się poprzez zmiany warunków. Przecież przebywanie wiecznie w tym samym otoczeniu i w tym samym porządku dnia jest nudne! Dzieci też muszą nauczyć się przystosowania do różnorodnych warunków. W przyszłości będą dobrze wiedziały, jak jest w domu, a jak u babci i to nie jest nic złego, że w różnych miejscach obowiązują różne zasady.

Po drugie: JEDZENIE

  • Karmisz piersią? JEDZ CO CHCESZ! Ale serio mówię. Możesz jeść to, na co masz ochotę. Makowiec. Smażonego karpia. Wędzonego łososia. Śledzie w śmietanie. Tatar. Pierogi z kapustą. Uszka z grzybami. Pierny barszcz. Jeśli masz w domu kogoś starszego od noworodka, to wina też się spokojnie napij, na trawienie 😉 Poczytaj więcej o „diecie mamy karmiącej”.
  • Rozszerzacie dietę? Daj dziecku spróbować różnorodnych rzeczy. Wytyczne o wprowadzaniu produktów po jednym, z trzęsieniem portkami i tygodniowymi odstępami, na szczęście odeszły już do lamusa. Święta to prawdziwy raj różnorodności – wykorzystaj to. Kawałek pieroga z kapustą, czerwony barszczyk, kaczka świąteczna z jabłkami czy cokolwiek tam będzie na stole bez gigantycznej ilości majonezu nada się do spróbowania dla dziecka. Jest tylko jedna rzecz do unikania…
  • GRZYBOM dla dziecka mówimy stanowcze „SPADAJ NA DRZEWO”. Mówimy tu o „tradycyjnych” grzybach np. do pierogów, czyli grzybach leśnych. Grzyby hodowlane, np. pieczarki, nadają się do podawania dziecku – czyli jeśli uszka masz z farszem pieczarkowym, bez obaw możesz podać je dziecku. Tu przeczytasz na blogu dietetyczki Małgorzaty Jackowskiej tekst technolożki żywienia Marty Kostki o grzybach w diecie dziecka. (Ten link sponsorowany jest tylko moją serdeczną znajomością z Gosią i zaufaniem do treści u niej publikowanych – polecam tego allegrowicza!)
  • Nie przejmuj się (za bardzo) solą i cukrem. To tylko parę dni. Naprawdę nic się nie stanie, jeśli Twoje dziecko będzie jadło głównie mleko z piersi, ciasto i mięso upieczone dla dorosłych z solą i tłuszczem (tak, mam taki egzemplarz). Albo jak nie będzie chciało jeść nic poza suchym chlebem (tak, taki też mam). A może będzie chciało zjeść 12 potraw i więcej (…zgadłaś, taki też mam na stanie). Wszyscy przeżyją, serio. A Ty przynajmniej poświętujesz, zamiast się stresować.
  • Możesz przygotować coś prostego, co dziecko zna i lubi. Znam wiele mam, które po prostu w Wigilię i na świąteczne obiady serwują dziecku „hit”, coś, co zawsze zjada. Makaron z sosem pomidorowym, rosół czy jajecznicę – nieważne. Dzieci nie obowiązują tradycje i religijne nakazy (choć przecież papież już pozwolił jeść mięso w Wigilię 🙂 ) – jeśli wiesz, że gwarantem gładkiego przebiegu wieczoru będzie najedzone dziecko, które nie lubi nowości, to po prostu miej w d…nosie jakieś odgórnie narzucone reguły.

ciasteczka w kształcie gwiazdek w czekoladzie

Po trzecie: KWESTIE SPOŁECZNE (czytaj: jak olać dobre rady)

  • Jeśli masz typową rodzinę, zostaniesz ZALANA WODOSPADEM DOBRYCH RAD. Jak na to reagować, żeby nie zagrozić świątecznej atmosferze nadmiernie ciętą ripostą, a jednocześnie nie czuć się skrajnie niekomfortowo i nie musieć naginać się do dziwacznych, wzajemnie się wykluczających opinii? Moją ulubioną, milion razy przetestowaną strategią jest reakcja pozytywna i spokojna z cyklu: „Dziękuję! Przemyślę to”. Rozmówca czuje się wtedy wzięty pod uwagę, każdy lubi, kiedy mu się dziękuje, a jednocześnie Ty swobodnie możesz mieć poradę w d…nosie i natychmiast o niej zapomnieć. Nie zapomnij sprawnie zmienić tematu, żeby natarcie nie zostało ponowione. Jeśli masz ochotę podyskutować, a rozmówca wydaje się otwarty na wiedzę – jasne, rób to! Ale tylko z chęci, a nie z obowiązku. Są Święta, niech Twoim celem będzie przede wszystkim czucie się dobrze <3
  • TO TWOJE DZIECKO. Ty decydujesz, co się z nim dzieje, jak ono jest traktowane, o której idzie spać, czy je słodycze, jak je nosisz, w co ubierasz i jaki kolor mają jego skarpetki, a nawet czy w ogóle mu je wkładasz („W grudniu! Bez skarpetek! Wnuczek sąsiadki już leży w szpitalu z zapaleniem płuc, chyba nie chcesz tego samego dla Wiktorka?!?!?!”). Po prostu. Nie musisz się nikomu z tego tłumaczysz. Be strong, sister!
  • Dbaj o poszanowanie GRANIC FIZYCZNYCH dziecka. Pamiętaj, żeby nie pozwalać – ani tym bardziej nie namawiać – do niechcianego przez dziecko kontaktu fizycznego! Nieważne, czy chodzi o buzi w stópkę, przytulenie babci czy siadanie Mikołajowi na kolanach. Jak mówi Agnieszka Stein – nie wychowujemy dzieci, wychowujemy przyszłe nastolatki, przyszłych dorosłych. Na pewno chcesz, żeby Twoje dziecko miało świadomość i pewność, że ZAWSZE ma prawo do poszanowania swoich granic i powinno podejmować kontakt fizyczny z kimkolwiek TYLKO I WYŁĄCZNIE wtedy, kiedy ma na to ochotę (z oczywistych względów pomijamy tu sytuacje zagrożenia zdrowia i życia, pomocy lekarskiej).
  • Szanuj SWOJE WŁASNE granice. Pamiętaj, że nie musisz znosić czegoś tylko ze względu na tradycję, „bo tak”, „bo mama tak chce”, „bo nie chcę komuś zrobić przykrości”. Jesteśmy nauczone być grzecznymi dziewczynkami, ale tej strategii najlepiej oduczyć się jak najszybciej. Dbaj o siebie. Także – przede wszystkim – o siebie w środku. Pamiętaj, teraz nie robisz tego tylko dla siebie. Twoje dziecko patrzy uważnie i uczy się, jak samo powinno siebie traktować. Szanuj swoje granice, a inni też będą je szanować. Nie pozostawisz im wyboru. Także wiesz – wolisz wyjść wcześniej z odwiedzin u cioci? Spędzić pół Wigilii czytając wyjętą spod choinki książkę, zamiast paplać z ciotkami? Zamówić sushi i/lub kolację składkową, zamiast przygotowywać wszystko samej? ZRÓB TO. Wigilia, którą spędziłam z mężem i jeszcze wtedy dwójką dzieci (dla odmiany od zwykłego tłumu 20+ osób z rodziny i często dwóch kolacji jednego dnia) przy wielkim zestawie sushi i kilku symbolicznych ulubionych daniach jest jedną z tych, które wspominam najcieplej. A może u Ciebie jest jeszcze inaczej – może masz ochotę spędzić Święta w gronie przyjaciół, z którymi czujesz się swobodnie, zamiast groma stresujących kuzynów? Why not!

W skrócie telegraficznym: rób to, co Ci pasuje. Co jest według Ciebie najlepsze dla Waszego komfortu. Powiedz STOP tym wszystkim „powinnam”, „muszę”, konwenansom i pustym uprzejmościom. Może dzięki temu poczujesz gdzieś w środku SPOKÓJ zamiast zwyczajowego napięcia…? Czy nie na tym powinny polegać Święta? <3

Życzę Ci cudnych Świąt według Twojego własnego programu! Niech nadchodzący rok przyniesie mnóstwo dobrych chwil do „trzymania w kieszeni” (wiecie, „Catch a falling star and put it in your pocket” – kto już oglądał Love Actually w tym roku?!), a te gorsze niech niosą w sobie przesłanie, refleksję, naukę i nie dzieją się na marne. I ciepła. Ciepła ogrom! W serduchu <3

Dobre przystawienie: podstawa sukcesu w karmieniu!

Prawidłowe przystawienie dziecka do piersi, zgrabnie nazywane po angielsku latch, to niedoceniany, a naprawdę niezwykle ważny element skutecznego karmienia piersią. Z drugiej strony, zbyt płytkie lub w inny sposób wadliwe przystawienie jest częstą przyczyną problemów z karmieniem – od bólu brodawek, przez zastoje, nawet po nieprawidłowe przybieranie dziecka na masie.

Dlatego tak ważne jest, żeby od samego początku – najlepiej jeszcze w ciąży – wiedzieć, jakie są oznaki prawidłowego przystawienia do piersi i umieć wcześnie rozpoznać ewentualne problemy, żeby móc szybko poszukać wsparcia. Bo problemy z przystawieniem zwykle można łatwo i szybko skorygować – w tym wpisie znajdziesz checklistę sposobów na poprawienie przystawienia, a także informację, do kogo możesz się zwrócić po pomoc, gdybyś jednak potrzebowała wsparcia z zewnątrz. Przeczytaj też o tym, jak zadbać o udane początki karmienia pod innym względem niż przystawienie.

Czy moje dziecko jest dobrze przystawione?

Jeśli masz wątpliwości, czy Twoje dziecko jest dobrze przystawione do piersi, sprawdź, czy spełnione są te warunki:

  • Dziecko nie cmoka, ma pełne, a nie wklęśnięte policzki przez cały czas (to znaczy, że połączenie buzi z piersią jest szczelne);
  • Buzia ma kąt rozwarty na styku z piersią – jest szeroko otwarta, dziecko ma w buzi brodawkę wraz z dużą częścią otoczki. Więcej otoczki powinno być w buzi od strony brody dziecka, a broda powinna być wręcz wciśnięta w pierś, a na pewno jej dotykać;
  • Karmienie co do zasady nie powinno boleć. Może być nieprzyjemne, bolesne na samym początku konkretnego karmienia w pierwszych tygodniach, kiedy dziecko się przysysa, bo piersi muszą przyzwyczaić się do karmienia. U niektórych kobiet to będzie zaledwie lekki dyskomfort, u innych ból. Ale kiedy dziecko już zassie i zaczyna rytmicznie ssać i przełykać, brodawka powinna przestać boleć;
  • Usta są wywinięte na zewnątrz (można to poprawić bez odstawiania dziecka trochę odciągając skórę palcem wskazującym, na brodzie lub przy górnej wardze, w zależności od tego, która jest schowana);
  • Dziecko uspokaja się przy piersi i po karmieniu jest zadowolone (może chcieć dalej leżeć na mamie – nawet cały czas – ale nie zachowuje się, jakby było głodne i niespokojne);
  • Możesz zaobserwować drobne przerwy w ruchu brody raz na 2-3 ruchy ssące dziecka – to ten moment, kiedy dziecko przełyka. Możesz obejrzeć o co chodzi w filmiku z gabinetu guru od laktacji dr Jacka Newmana.

Sygnały alarmowe

Większość dzieci z łatwością nauczy się dobrze przystawiać do piersi w ciągu kilku dni od porodu. Wiele dzieci będzie też miało przystawienie nieidealne, ale wystarczająco dobre – na przykład zdarzają się dzieci, które podczas każdego karmienia trochę cmokają (co sugeruje, że przystawienie nie jest do końca szczelne i idealne), ale nie powoduje to bólu brodawek, zastojów w piersiach ani problemów z pobieraniem mleka. W takim przypadku nie musisz się przejmować drobnymi odchyleniami od normy opisanej w liście powyżej.

Niezbyt dobre – szczególnie zbyt płytkie – przystawienie do piersi może powodować różne problemy. Poniższe objawy mogą świadczyć o tym, że warto popracować nad lepszym, głębszym przystawieniem, jeśli zachodzi potrzeba – także ze specjalistą od laktacji.

  • Bolesne brodawki: poranione, krwawiące, naruszone, obtarte, „pogryzione”, zmieniające kształt w trakcie karmienia (kiedy dziecko przerywa jedzenie, widzisz, że są białawe i mają dziwny kształt);
  • Nawracające zastoje lub zatkane kanaliki w piersiach;
  • Wydaje Ci się, że dziecko naprawdę się nie najada – i nie chodzi tu o częste płakanie czy to, że chce non stop być na piersi (przeczytaj o tym, jak poznać, czy Twoje dziecko się najada);
  • Dziecko wiele razy w ciągu karmienia odsuwa się od piersi i znów przysysa, denerwuje się przy piersi, może cmokać;
  • Dziecko sprawia wrażenie, że bardzo męczy się z karmieniem, a jego rytm połykania (przerw w ruchu brody, jak w filmiku powyżej) jest rzadki – jedno połknięcie na 4 lub więcej ssań nawet po kilku minutach karmienia;
  • Nie czujesz napływu mleka. Mniej więcej od trzeciej doby przez kilka miesięcy (u niektórych kobiet trochę krócej lub dużo dłużej) powinnaś w ciągu od kilkunastu sekund do około maksymalnie 2-3 minut od początku karmienia czuć napływ mleka do piersi. Jeśli to jedyny czynnik z tej listy, to najprawdopodobniej nie ma się czym martwić.

Jak poprawić przystawienie?

Kiedy uznasz, że być może istnieje problem z Waszym przystawieniem, spróbuj karmić, wykorzystując sposoby podane poniżej. Nawet, jeśli nie macie trudności z dobrym przystawieniem do piersi, te rzeczy mogą sprawić, że będzie ono jeszcze lepsze, a tym samym dziecku będzie łatwiej pobierać pokarm i po prostu karmienie stanie się dla Was łatwiejsze.

  • Przystawiaj dziecko do piersi, a nie pierś do dziecka! Wiem, wiem, wszyscy to ciągle powtarzają. Ale serio: najpierw Ty usadź lub ułóż się wygodnie, a potem – niezmieniając pozycji – przytul dziecko do swojej piersi, brzuszek do brzucha (dziecko nie powinno musieć skręcać szyi). To kwestia Twojej wygody – spędzisz przy karmieniu wiele, wiele godzin w pierwszych miesiącach i latach życia dziecka i zapewniam Cię, że długo nie wytrzymasz z napiętym ramieniem, dziwnie skręconymi plecami, w asymetrycznym ułożeniu kręgosłupa itp. Ale jest coś jeszcze: kiedy Ty przysuwasz się z piersią do ust dziecka, zamiast na odwrót, dziecko nigdy nie będzie w Ciebie tak dobrze wtulone. W takim układzie problemy ze zbyt płytkim chwytaniem piersi macie w zasadzie gwarantowane. Zwróć na to uwagę.
  • Naucz się karmić w pozycji laid-back breastfeeding (odchylonej do tyłu): Ty półleżysz na plecach, obłożona poduszkami czy zrolowaną kołdrą żeby Ci było wygodnie pod plecami, głową, łokciami (tak, żebyś mogła całkowicie rozluźnić mięśnie podczas karmienia). Dziecko leży na brzuszku na Twojej klacie, równolegle do Twojego ciała (a nie w poprzek). W ten sposób dziecko ma największe szanse mieć bardzo głębokie przystawienie, bo pomaga mu grawitacja. Pomóż dziecku uchwycić pierś, a potem niech jego główka będzie w zgięciu Twojego łokcia, a nie w Twojej dłoni.

    Laid-back breastfeeding. Lyndsay O’Neill, Sublime Motherhood
  • Zapewnij dziecku, niezależnie od pozycji, swobodę poruszania główką – możesz przytrzymywać delikatnie w okolicy za uszami przy przystawianiu np. na siedząco, ale resztę roboty dziecko musi wykonać samo – i mieć możliwość odchylenia głowy do tyłu (tak jak Ty, jakbyś próbowała ugryźć naprawdę dużą kanapkę – spróbuj 😉 ).
  • Rozpakuj dziecko z kocyka – powinniście być jak najbliżej siebie, najlepiej jak najczęściej skóra do skóry z dzieckiem w samej pieluszce. Wtedy najlepiej uruchamiają się Wasze instynkty. A jeśli nie skóra do skóry, to z pewnością lepiej jak dziecko jest rozwinięte i przytulone do Ciebie, a przykryci możecie być razem.
  • Przystawiając dziecko do piersi, zwróc uwagę, żeby brodawka była na wysokości jego nosa, a nie ust – wtedy dziecko wykona ten ruch odchylający głowę do tyłu (jak przy kanapce) i naprawdę mocno rozdziawi buzię.
  • Wykorzystaj „chwyt kanapkowy” – ręką ułożoną w literę C (kciuk na górze, reszta palców na dole) chwyć pierś (nie przy samej brodawce, trochę za otoczką) i trochę „spłaszcz”, przystawiając dziecko. Tym sposobem więcej piersi wyląduje w małej buzi dziecka.
  • Nie przejmuj się nosem. Nie musisz przyciskać ani odchylać piersi ani dziecka, kiedy nosek jej dotyka – dziecko ma po to bardziej płaski nosek niż dorosły, żeby sobie z tym poradzić, a wciskanie czy odsuwanie mogłoby spłycić uchwyt.
  • Spróbuj pogłębić przystawienie przez lekkie naciśnięcie palcem wskazującym brody dziecka, kiedy jest przyssane do piersi i otwiera buzię. Trzeba do tego trochę refleksu, ale po kilku razach zaczyna się udawać i możesz nawet poczuć głębsze przyssanie.
  • Staraj się być spokojna i wytrwała – oboje musicie się tego nauczyć! Z każdą chwilą będzie coraz łatwiej, a za parę tygodni będziecie ekspertami karmiącymi się po ciemku w nocy w dowolnej pozycji. To jak z jazdą na rowerze czy samochodem – jest sporo do nauki, ale to jest totalnie do ogarnięcia, wystarczy cierpliwość i jak największy spokój.

Do kogo po pomoc?

Jeśli podjerzewasz, że Wasz problem z przystawieniem jest spory lub Twoje próby polepszenia sytuacji nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, skontaktuj się szybko z kimś, kto jest kompetentny w kwestii wspierania i pomocy w karmieniu piersią. Najczęściej wcale NIE będzie to Twój pediatra ani położna środowiskowa (choć istnieją chlubne wyjątki)!

Przy wątpliwościach i wstępnych problemach skonsultuj się z promotorką karmienia piersią, edukatorką okołoporodową, doulą, liderką La Leche League lub inną osobą obcykaną w laktacji – polecenia znajdziesz np. na grupie mam karmiących z Twojej okolicy na Facebooku lub grupie Kwartalnika Laktacyjnego. Przy poważnych, niecierpiących zwłoki problemach uderzaj od razu do CDL (Certyfikowanej Doradczyni Laktacyjnej – wpisz w Googla i wyskoczy Ci lista).


Jeszcze dwa słowa ode mnie o laid-back breastfeeding… Ta pozycja może na początku wydawać się nieintuicyjna czy trudna do ogarnięcia. Pokombinujcie kilka razy, dojdźcie do wygody! Ta pozycja pozwoli Wam obojgu się relaksować, odpoczywać, a nawet spać, jednocześnie karmiąc się maksymalnie często i w dowolnym momencie (to ważne dla produkcji mleka na cały okres karmienia). Ja spędziłam tak 3 tygodnie z moim trzecim dzieckiem, jestem wielką fanką tej pozycji, leżenia sobie i bycia królową przez kilka tygodni po porodzie 🙂 To nie tylko pozwala odpocząć po giga-trudach ciąży i porodu, ale też zapewnia wszystko, czego potrzeba dziecku i karmieniu piersią.

A jak to było u Ciebie? Miałaś trudności z prawidłowym przystawieniem dziecka do piersi, czy wszystko szło jak z płatka?

Udane początki karmienia piersią: co warto wiedzieć?

Karmienie piersią to nie czarna magia ani loteria – uda Ci się, a może się nie uda…? Można zrobić bardzo wiele, żeby pomóc sobie w udanym karmieniu piersią. Szczególnie ważne są początki i wiedza, jakie mechanizmy żądzą karmieniem piersią, a także… odpowiednie oczekiwania, które masz wobec swojego noworodka!

Pamiętaj, jak działa karmienie

Adekwatna wiedza o podstawach karmienia piersią to niezbędna sprawa w zderzeniu z wątpiącym, wszystkowiedzącym otoczeniem czy niedoedukowanym lekarzem. Ale też po prostu świetny uspokajacz, kiedy po porodzie mierzysz się ze wszystkimi niespodziankami nowej rzeczywistości. Najlepiej, jeśli jeszcze w ciąży zaopatrzysz się w choć jedną książkę o podstawach karmienia (bardzo polecam „Po prostu piersią” Gill Rapley i Tracey Murkett), dołączysz do grupy mam karmiących na Facebooku, poszukasz rzetelnych informacji.

Przede wszystkim, pamiętaj, że:

Produkcja mleka

…działa zgodnie z zasadą popytu i podaży. To znaczy, że im więcej dziecko ssie i spędza czasu przy piersi (a także na Twojej gołej klacie), tym więcej wyprodukujesz mleka. Ssanie dziecka to po prostu składanie zamówienia na przyszłą produkcję mleka. Dlatego tak ważne jest karmienie na żądanie i bardzo częste przystawianie dziecka do piersi w pierwszych tygodniach po porodzie.

Hormony

…sterujące laktacją to prolaktyna (produkcja mleka) i oksytocyna (wypływ mleka). Te hormony potrzebują odpowiednich warunków, żeby móc wydzielać się bez przeszkód: brak nadmiernego stresu, dużo wypoczynku, odpowiednia – w miarę możliwości mamy noworodka – ilość snu, wartościowe, odżywcze jedzenie, spokój, spokój, spokój.

Siara

…to pierwszy pokarm Twojego dziecka. Utrzymuje się ona w piersiach przez kilka dni, zwykle około 3, może być trochę dłużej. Dopiero potem „przypływa” tak zwane mleko przejściowe (dopiero po 4-6. tygodniach zmieni się w mleko dojrzałe). Twój noworodek jest na to przygotowany i w tych pierwszych dniach wystarcza mu siara, zapasy z czasów bycia w brzuchu i ssanie tak często, jak tylko chce, wraz z pozostawaniem na Twojej klacie przez większą część dnia. To uruchamia instynkty u Was obojga i pozwala Wam bez przeszkód odpowiadać na sygnały tego drugiego – a to właśnie jest droga do udanego karmienia.

Sposób przystawienia do piersi

…jest szalenie ważny. Zbyt płytkie przystawienie dziecka (latch) może szybko poskutkować nieprzyjemnymi problemami, jak np. poranione brodawki, zastoje, a w długiej perspektywie nawet niedobór mleka i problemy dziecka z przybieraniem na masie. Przeczytaj o tym, jak rozpoznać dobre przystawienie i wedle potrzeb je poprawić.

Pierwsze dwa tygodnie

…po porodzie są kluczowe dla całej przyszłej produkcji mleka. W tym czasie ssanie Twojego dziecka „budzi” odpowiednią objętość tkanki gruczołowej, która potem będzie produkowała mleko przez cały okres laktacji zgodnie z zapotrzebowaniem dziecka. To oznacza, że kobiety, które na przykład są rozdzielone z dzieckiem po porodzie i nie stymulują piersi wystarczająco często i długo laktatorem, mogą mieć duży problem z wyprodukowaniem odpowiedniej ilości mleka dla dziecka w późniejszym okresie.

Pierś to nie tylko jedzenie i picie!

…To też przytulanie, ciepło, patrzenie w oczy, poczucie bezpieczeństwa, budowanie pierwszej i najważniejszej relacji, wytchnienie, uspokojenie, drzemanie, wąchanie mini główki, mizianie mini rączki i wiele, wiele innych. Nie odmawiaj tego sobie i dziecku. Ten czas jest magiczny i strasznie szybko umyka – łap te chwile, nie marnuj ich na przejmowanie się, czy nie rozpieszczasz, czy nie jesteś smoczkiem (coś takiego! Jakby kawałek gumy powstał zanim powstała kobieca pierś), czy jak nie chce leżeć w mydelniczce czy łóżeczku, to znaczy, że jest głodne itd.

Zapewnij sobie odpowiednie warunki

Żeby mleko mogło produkować się bez przeszkód, a przede wszystkim – żebyś miała siłę, czas, energię i przestrzeń umysłową na intensywną naukę karmienia piersią (tak, to jest nauka, tak samo jak każdej innej nowej czynności), niech ktoś inny przejmie wszystkie Twoje dotychczasowe zajęcia. Wiem, że to mało realne w długiej perspektywie, ale niech to chociaż będzie tydzień tacierzyńskiego czy dwa tygodnie pomocy douli poporodowej – to w początkach karmienia i macierzyństwa BEZCENNE.

Relaksuj się

Proszę, nie zmywaj, nie gotuj, nie ściel łóżka. Umość się w nim z dzieckiem i odpoczywajcie po trudach ciąży i porodu. Przynajmniej z tydzień, a najlepiej znacznie dłużej! Pozwól, żeby Twoim jedynym zadaniem było karmienie i poznawanie się z dzieckiem „po tej stronie brzucha”. Uwierz mi, ten babymoon, czyli taki miesiąc miodowy z dzieckiem po porodzie, często jest właśnie tym brakującym ogniwem w łańcuchu zdarzeń prowadzącym do udanego karmienia piersią.

Staramy się być takie ogarnięte, takie dobrze zorganizowane, że zapominamy, co w tym czasie jest najważniejsze i nie poświęcamy wystarczającej ilości czasu zwyczanie leżeniu z dzieckiem, uczeniu się wygodnych pozycji, dobrego przystawienia, rytmu dobowego dziecka, jego potrzeb. Coś bardzo ważnego, a zarazem niezwykle pomocnego w uczeniu się karmienia piersią, nas omija. Warto do tego nie dopuścić i zawczasu się na ten okres przygotować (np. ustalając to jasno z mężem, przygotowując w ciąży posiłki do zamrożenia na ten czas, prosząc sąsiadkę o pomoc w wyprowadzaniu psa itp.).

Skóra do skóry na maksa

Kontakt skóra do skóry, czyli dziecko tylko w pieluszce na Twojej gołej klacie, może Ci się kojarzyć tylko z czasem tuż po porodzie, na sali porodowej. Tymczasem jest to jedna z rzeczy, które warto wycisnąć jak cytrynę i wykorzystać maksymalnie w pierwszych dniach i tygodniach po porodzie. Kiedy jesteście w kontakcie skóra do skóry, Twoje ciało dopasowuje się do dziecka według jego potrzeb – na przykład ogrzewa je, kiedy jest mu zimno lub chłodzi, kiedy jest mu gorąco. Na dodatek dziecko świetnie czuje Twój zapach, słyszy znajome bicie Twojego serca, nic nie przeszkadza mu w szukaniu i znajdowaniu piersi. Tobie jest wygodniej, bo nie musisz oprócz początkowo niezgrabnego przystawiania dziecka do piersi szamotać się z materiałem i uważać, żeby nic nie przysłoniło dziecku nosa.

Twoje ciało to naturalne środowisko dla dziecka – i warto to wykorzystać. Jeśli masz problemy z karmieniem, a szczególnie jeśli obawiasz się o produkcję, wskocz na cały dzień do łóżka z dzieckiem skóra do skóry, nawet jeśli jesteście już dawno po połogu – na pewno nie zaszkodzi, a może posłużyć jako dokładnie ten trik, którego potrzebujecie, żeby laktacja wróciła na właściwe tory.

Kiedy nie jesteście skóra do skóry, i tak bądźcie blisko, jak tylko się da. W łóżku, w chuście, na rękach – bliskość pomaga karmieniu i pomaga Wam w dostrojeniu się do siebie nawzajem.

Pozycja odchylona półleżąca (laid-back breastfeeding)

To genialna pozycja do prostowania trudności w karmieniu. Chodzi o to, żebyś była odchylona do tyłu na poduszkach tak, żeby dziecko leżało na Twoim dekolcie bez napięcia Twoich mięśni, a jedynie dzięki grawitacji. Podtrzymuj dziecko rękami od boku, a pod łokieć lub łokcie podłóż poduszki (do tego celu została stworzona genialna, nowatorska poduszka do karmienia Karmiuszka). W ten sposób możecie się karmić, drzemać, leżeć, odpoczywać. Noworodek ma szansę przyssać się naprawdę dobrze i głęboko, a Ty – spać, oglądać serial, jeść czy cokolwiek innego, nie martwiąc się o odpowiednie trzymanie dziecka.

Załatw sobie wsparcie

Każdemu idzie lepiej, kiedy jest dopingowany. Kiedy robisz coś nowego, szczególnie przyda Ci się mnóstwo dobrych słów, wsparcia zarówno praktycznego, jak i psychicznego. Bardzo ważne, żeby nikt z Twojego bliskiego otoczenia nie był „wątpiącym trollem”, bo wtedy łatwo jest w trudnej chwili ulec krytycznemu spojrzeniu trolla i bez poważnego powodu np. podać dziecku sztuczną mieszankę. Kiedy bliscy w Ciebie wierzą, a Ty wiesz, gdzie szukać pomocy i korzystasz z tego, kiedy trzeba – twoje szanse na pokonanie trudności drastycznie rosną.

Oczekuj właściwych rzeczy

Lwia część wątpliwości i stresu młodych mam wiąże się z tym, że mają one nierealistyczne oczekiwania względem swojego noworodka. Często książki i media przekazują wypaczony obraz życia z niemowlęciem i stąd biorą się „problemy”, które tak naprawdę są całkowicie normalnym zachowaniem malutkiego dziecka. Pamiętaj więc, że:

Noworodki chcą być na mamie

…cały czas. To jest ich bezpieczeństwo i biologiczna norma. Jeśli niektóre nie wyrażają tego bardzo jasno, to i tak zrobisz bardzo dobrze ich rozwojowi, mózgowi, Waszej relacji i karmieniu, jeśli będziesz go nieproszona trzymać jak najwięcej na sobie. Ale większość dzieci sama Ci powie, że tak chce 🙂

Noworodki POWINNY jeść minimum 10-12 razy

…na dobę. Górna granica nie istnieje. Jedzenie 24 razy na dobę wciąż nie oznacza, że dziecko jest głodne. Częste jedzenie to ich biologiczna norma i to im służy.

Noworodki ani niemowlęta nie są gotowe na przesypianie nocy

…Mogą budzić się bardzo często. I mimo, że to początkowo trudne dla dorosłego przyzwyczajonego do nieprzerwanego snu, to jednak dobrze robi dzieciom. Naukowcy dowiedli, że częste budzenie się jest kwestią bezpieczeństwa dzieci – zapobiega bezdechom, SIDS (nagłej śmierci łóżeczkowej), nadmiernemu spadkowi cukru we krwi. Żołądki niemowląt są małe, a mleko mamy jest lekkostrawne (to dobrze! Na pewno wiecie z babskich gazetek, że jedzenie ciężkostrawnych rzeczy, szczególnie na noc, to nie najlepszy pomysł 🙂 ), stąd pobudki na jedzenie. Przeżyjesz, obiecuję. Pamiętaj, że to jest normalne.

Noworodek może nie chcieć być trzymany przez nikogo

…innego niż mamę. Na tym etapie tylko mama kojarzy mu się z bezpieczeństwem i to jest OK, nie ma konieczności zmuszać go do niczego innego. Oczywiście, warto próbować od początku dawać spokojne dziecko tacie na klatę, do przewijania i pod opiekę, ale jeśli dziecko protestuje po kilku minutach, nie zmuszajmy go do niczego. I nie martwmy się. To też przejdzie w swoim czasie.

Noworodki i niemowlęta mają prawo nie mieć rytmu

…Czasem czyta się, że iluśtammiesięczne niemowlę już „powinno” mieć ustalony rytm karmienia, drzemek i tak dalej. Ale to nie jest reguła. A już na pewno nie można wymagać regularności od noworodka – pamiętajmy, że on jest przyzwyczajony do non-stopnych dostaw jedzenia i picia, teraz więc może w różnych porach robić się głodny czy spragniony. Pozwólmy mu nauczyć się tego w jego własnym tempie. Niektóre miesięczne dzieci będą już miały jakiś rytm (tylko się nie przywiązuj – on będzie się sto razy jeszcze zmieniał), a niektóre dzieci do roku czy kilkunastu miesięcy będą dość nieprzewidywalne. Większość wyląduje gdzieś pomiędzy. I to jest OK. Płyń z prądem, spróbuj podejść do sprawy możliwie elastycznie. A przede wszystkim nie stresuj się tym. Masz wystarczająco dużo na głowie!


Ważne jest też odpowiednie Twoje zachowanie przy karmieniu, czyli np. zawsze proponowanie drugiej piersi. Więcej o tym przeczytasz w poście o dbaniu o produkcję mleka.

Jak wyglądały Twoje początki karmienia piersią? Czy wiedziałaś, jak zadbać o Wasze dobre początki? Napisz w komentarzu!

Jennifer Grayson “Odstawieni” – recenzja

Kiedy próbujemy wybrać jedną rzecz z osobna, odkrywamy, że jest ona połączona ze wszystkim we wszechświecie. John Muir

Na samym początku przyznam, że czaiłam się do książki “Odstawieni. Ewolucja karmienia piersią – historia kontrowersji” jak pies do jeża. Przeczytałam w przeszłości już kilka pozycji o podobnej tematyce – przede wszystkim “Politykę karmienia piersią” Gabrielle Palmer i niewydaną jeszcze po polsku “The Big Letdown” Kimberly Seals Allers. Te książki odsłoniły przede mną świat skandalicznych przekrętów dotyczących produkcji i promocji mleka modyfikowanego w takich szczegółach, że pomimo, że “Odstawieni” stali już na mojej półce od jakiegoś czasu, wątpiłam w ich nowatorstwo i ociągałam się z sięgnięciem po tę książkę. Zupełnie niesłusznie!

Kto za tym stoi

Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że “Odstawieni” to książka, która najbardziej wszechstronnie, logicznie i z pasją prezentuje zagadnienia dotyczące wspomnianych naciągnięć i manipulacji, jakich dopuszcza się nie tylko “Big Pharma” i producenci mleka modyfikowanego, ale i rządy najbardziej wpływowych państw świata. To są takie rzeczy, że nie jeden raz i nie dziesięć podczas lektury Wasza szczęka wyląduje na podłodze.

Weźmy choćby amerykański program rządowy WIC, czyli w uproszczeniu program pomocy społecznej poprzez rozdawanie bonów na żywność, w tym także mleko modyfikowane. W książce znajdziecie ogrom informacji i dokładnych analiz na jego temat, a na razie tylko Wam wspomnę, że: “WIC […] kupuje od 57 do 68 procent całej mieszanki sprzedawanej co roku w kraju. Innymi słowy, rząd USA jest największym klientem producentów mleka. […] WIC powstał, by wykorzystać nadwyżki produktów spożywczych […] pod naciskiem lobby stanów rolniczych”. Zanurzenie się w tym temacie przypomina trochę kąpiel w śmierdzącym bagnie, a człowiek zaczyna się zastanawiać, czy życie w takim świecie w ogóle ma sens i kombinować, jak by tu wynieść się na bezludną wyspę. Ale warto. Uważam, że zawsze warto WIEDZIEĆ.

Stare, dobre czasy?

W książce znajduje się też obszerna część historyczna, w której Grayson opisuje szczegółowo drogę, którą przeszliśmy jako ludzie od niekwestionowanego, wyłącznego karmienia piersią naszych małych dzieci (tak przecież robią ssaki, prawda?) do świata, w którym karmienie mlekiem modyfikowanym jest dużo częstsze w perspektywie pierwszego roku życia dziecka niż karmienie piersią. Jednak Grayson pokazuje wątek historyczny z nieco innej perspektywy niż Palmer i Allers, skupiając swoje analityczne spojrzenie nie tylko na rewolucji przemysłowej i XX wieku (choć to też robi z niezwykłą dbałością o szczegóły), ale także na odleglejszych, a ważnych wątkach historycznych.

Przeczytajcie choćby to: “Kompleksowe badanie przeprowadzone przez Lenoira w 1780 r., obejmujące dwadzieścia jeden tysięcy niemowląt urodzonych w tym roku [w Paryżu], wykazało, że tylko około 3 procent dzieci karmiła piersią ich własna matka. […] Kolejne 3 procent karmiły w domach bogaczy wynajęte mamki, a nieco większa grupa uprzywilejowanych dzieci dostawała jeść w pobliżu domu rodziców. Ogromną większość […] (około piętnastu tysięcy niemowląt tylko w tym jednym roku) umieszczano jednak w przytułkach albo zaledwie kilka dni po porodzie wysyłano na wieś, gdzie karmiły je i teoretycznie pielęgnowały obce kobiety”. Spośród tych dzieci, pisze Grayson, około 32% umierało. Szokujące? Chwilę później dowiadujemy się, jaka była śmiertelność wśród znajd i dzieci z najniższych klas społecznych Paryża (tysiące dzieci rocznie): prawie… 90%!

Na podstawie przytaczanych przeze mnie cytatów można by odnieść wrażenie, że “Odstawieni” to zbiór sensacyjnych ciekawostek, mający na celu zszokowanie czytelnika i zmuszenie do karmienia piersią za pomocą strachu. Tak nie jest. Cytuję akurat te fragmenty, żeby zwrócić Waszą uwagę na to, jak ciekawych, a nieznanych szerszej publiczności rzeczy można dowiedzieć się z tej książki.

Od teorii do strategii

Oczywiście, oprócz frapująco opowiedzianej historii karmienia niemowląt i małych dzieci oraz wbijającej w fotel analizy mechnizmów rządzących rynkiem pokarmów zastępujących mleko kobiece, Grayson opisuje sytuację karmienia piersią na świecie tu i teraz. Analiza jest kompletna, opiera się zarówno na szeroko zakrojonych badaniach, studiach przypadków, jak i osobistych rozmowach autorki z bardzo wieloma osobami związanymi zawodowo z karmieniem niemowląt (książka zawiera mnóstwo bezpośrednich cytatów z tych rozmów, tak, że “słyszymy” indywidualne głosy i opinie danych osób, a nie tylko subiektywną interpretację Grayson).

Niezwykle ciekawe i dające nadzieję jest opisane przez Grayson studium przypadku Wietnamu, gdzie Nemat Hajeebhoy przeprowadziła z ramienia Bill and Melinda Gates Foundation pilotażowy program polepszenia wskaźników karmienia piersią – ze spektakularnym efektem. Już po roku wyświetlania medialnej kampanii reklamującej karmienie piersią liczba dzieci karmionych wyłącznie piersią przez sześć miesięcy wzrosła z 26 do 48 procent! W wymiarze całego pięcioletniego, wielowymiarowego projektu odsetek ten wzrósł w niektórych rejonach nawet z 19 do 62%. Czyli – da się! Kiedy ktoś wyłoży na to pieniądze…

Naukowo, ale dla ludzi

Nawet dla mnie, pomimo dziesiątek przeczytanych książek i innych źródeł o karmieniu piersią, obecności na konferencjach, pracy z kobietami i tak dalej, wiele informacji o mleku kobiecym i laktacji przytaczanych w książce było nowością. Cały wątek dotyczący oligosacharydów, które naukowcy dopiero zaczynają poznawać z perspektywy ich funkcji, powstawania i przede wszystkim współdziałania z innymi składnikami może okazać się jednym z najważniejszych odkryć nie tylko w dziedzinie laktacji, ale też ochrony zdrowia w ogóle i leczenia chorób cywilizacyjnych (plus mrożąca krew w żyłach beztroska, z jaką producenci sztucznej mieszanki dodają oligosacharydy pochodzenia pozaludzkiego do swoich produktów…).

No i te liczby, które zawsze szokują: “Co roku można by uratować od śmierci ponad osiemset tysięcy dzieci, gdyby wszystkie matki […] karmiły piersią w sposób optymalny”.

Druga strona medalu

Wyróżnikiem “Odstawionych” jest także to, że głos dostają w niej nie tylko osoby związane z ruchem pro-karmienie piersią, ale także np. przedstawiciele medyczni koncernów produkujących mleko modyfikowane czy badaczka Margaret Neville, która zajmuje się funkcjonalną biologią gruczołów mlecznych. Jak sama mówi, “fani karmienia piersią mają mnie za naprawdę okropną osobę” – a wszystko dlatego, że oponuje, kiedy powtarza się dane o tym, że karmienie piersią powoduje obniżenie ryzyka raka piersi. “Aktualne dane są bardziej złożone, twierdzi. Owszem, karmienie piersią wydaje się chronić przed rakiem piersi, mówi, ale tylko jeśli karmisz piersią dużo dzieci przez długi czas. Większość ludzi w zachodnim świecie tak nie karmi”.

To powoduje, że książka staje się tym bardziej godna zaufania w moich oczach – sprawia wrażenie zbalansowanej, porusza trudne tematy, ukazuje drugą stronę nie tylko jako zdemonizowane koncerny, ale też jako zwykłych ludzi, których w pewien sposób da się zrozumieć, kiedy dostrzeże się opisywany przez Grayson szeroki kontekst.

“Odstawieni” to książka jedyna w swoim rodzaju. Nie potrafię sobie wyobrazić osoby, której nie zainteresowałaby lektura tej książki – a to dlatego, że mechanizmy opisywane w niej dotyczą zdrowia i funkcjonowania społecznego każdego człowieka, nawet mającego karmienie niemowląt głęboko w nosie. Bardzo, bardzo Wam ją polecam!


UWAGA: tylko do piątku 5 października możesz wygrać jeden z dwóch egzemplarzy tej książki w konkursie na moim Fanpage’u! Wystarczy, że wykonasz kilka prostych kroków opisanych w poście (poniżej). Regulamin konkursu znajdziesz TU.

Cesarka na życzenie – TAK czy NIE?

Tak zwana cesarka na życzenie wzbudza wiele emocji u kobiet w ciąży i po porodzie. Jej zwolennicy są zdania, że cesarka na życzenie powinna być dostępna dla każdej kobiety od ręki, wedle jej – nomen omen – życzenia. Z drugiej strony skali znajdziemy wiele osób, które uważają, że taka procedura powinna być zabroniona, a cesarskie cięcie używane tylko w sytuacjach zagrożenia życia. Czym tak naprawdę jest cesarskie cięcie na życzenie? Z czego wynika tak drastyczna różnica zdań między kobietami? Czy istnieje złoty środek, który wziąłby pod uwagę potrzeby i argumenty obu stron?

Cesarka na życzenie – o co chodzi?

Cesarskie cięcie w swoim założeniu jest poważną operacją brzuszną, którą stosuje się w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia kobiety lub dziecka, powstałego w czasie porodu lub spowodowanego czynnikami jeszcze sprzed porodu (a czasami nawet sprzed ciąży). W ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpił gwałtowny wzrost liczby wykonywanych operacji cesarskiego cięcia, między innymi z powodu zaniedbań i niewiedzy personelu medycznego (przeczytaj post o niepotrzebnym cięciu cesarskim). Innym powodem wzrostu liczby cesarek jest przychylanie się lekarzy do próśb kobiet, które z jakichś powodów same, bez obiektywnego zagrożenia z perspektywy medycznej, chcą mieć wykonane cesarskie cięcie.

Pomimo, że w wielu krajach (także w Polsce) cesarka na życzenie jako taka nie jest możliwa, nie jest dużym problemem znalezienie lekarza, który wypisze skierowanie na cesarkę bez wskazań medycznych. Dla jednych są oni bohaterami stającymi w obronie wolnego wyboru kobiet, inni oburzają się, że ci lekarze sprzeniewierzają się głównej zasadzie pracy w tym zawodzie: „Primum non nocere” (po pierwsze, nie szkodzić). Żeby stwierdzić, kto ma rację, musimy najpierw poznać fakty.

Czy poród naturalny i cesarskie cięcie to równie bezpieczne opcje?

Mówiąc krótko: nie. Według dostępnych badań i statystyk, cesarskie cięcie niesie za sobą szereg podwyższonych ryzyk zarówno dla dziecka, jak i dla matki. Nie sposób ich wszystkich wymienić w jednym punkcie, na pewno warto jednak nadmienić, że sposób porodu wpływa na bardzo wiele obszarów, w tym (w nawiasach wymienione statystycznie wyższe ryzyka dla kobiet i dzieci po cesarskim cięciu):

  • na sam poród (np. wyższe ryzyko krwotoku),
  • na chwile po porodzie (np. wyższe ryzyko problemów z oddychaniem u dziecka, oddzielenie dziecka od matki),
  • na dni po porodzie (np. wyższe ryzyko bólu i powikłań u kobiety),
  • na karmienie piersią (np. wyższe ryzyko trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji, ospałości u dziecka),
  • na relację matki i dziecka (np. wyższe ryzyko problemów z nawiązaniem relacji na wczesnym etapie życia dziecka, gorszej oceny dziecka przez matkę),
  • na relację kobiety z samą sobą (np. trudności z zaakceptowaniem ciała z blizną, brak zaufania do swojego ciała i jego możliwości),
  • na integrację sensoryczną u dzieci w wieku kilku lat i później (np. nieprawidłowości dotyczące czucia głębokiego, nadwrażliwość lub przeciwnie – niedowrażliwość sensoryczna),
  • na prawidłowe formowanie się mikrobiomu (środowiska bakteryjnego, przede wszystkim w przewodzie pokarmowym) u dziecka (np. wyższe ryzyko alergii, obniżonej odporności, w tym chorób autoimmunologicznych),
  • na funkcjonowanie psychospołeczne dziecka (np. wyższe ryzyko depresji, a nawet samobójstw, w dorosłości),
  • na zdrowie przyszłych dzieci kobiety (np. wyższe ryzyko komplikacji związanych z łożyskiem w przyszłych ciążach – placenta previa, placenta accreta, wyższe ryzyko powtórnego cesarskiego cięcia – a wraz z nim, wymienionych czynników ryzyka)
  • i na wiele innych bardziej i mniej istotnych czynników dotyczących całego życia kobiety i dziecka, w tym wiele dotychczas niezłębionych.

Dowody anegdotyczne

Na wspomnienie o wyższym ryzyku różnorodnych problemów i komplikacji w przypadku porodu przez cesarskie cięcie w porównaniu z porodem naturalnym, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „ja miałam cesarkę i to nieprawda, że ona powoduje te wszystkie złe rzeczy. Ze mną i z moim dzieckiem wszystko jest OK, nie miałam problemów z karmieniem piersią”, a ktoś inny skomentuje: „bzdura, przecież poród naturalny też ma różne komplikacje i nie jest taki super bezpieczny”.

Wymienione powyżej przykłady to tak zwane dowody anegdotyczne. Czyli, cóż, tak naprawdę żadne dowody. Mamy tendencję, jako ludzie, do przykładania znacznie większej wagi do tego, co dotyczy nas bezpośrednio lub kogoś z naszego bliskiego otoczenia niż do suchych faktów i statystyk. To naturalne – cyferki, na przykład liczba ofiar wypadków samochodowych w roku, wywołują w nas znacznie mniejsze emocje niż na przykład strzelanina w naszej dzielnicy, którą słyszeliśmy na własne uszy, opisywana w lokalnych gazetach wraz ze zdjęciami. Gdyby oba te bodźce dotarły do Ciebie tego samego dnia, jak myślisz, czy bardziej bałabyś się wsiąść do samochodu, czy pójść do sklepu, pod którym wydarzyła się strzelanina? Jeśli Twój mózg działa tak, jak u większości ludzi, to stawiam na to drugie. Ale o ile nie mieszkasz w Harlemie lub w Cape Town, masz wieeeeeeelokrotnie wyższe ryzyko, że zginiesz jadąc samochodem niż od kuli. Zresztą w tych miejscach najprawdopodobniej też (nie sprawdzałam!).

Na poziomie rozumowym – wiesz to. Ale emocje robią swoje. Tak działa dowód anegdotyczny. Powiedzmy wyraźnie: to, co akurat dotyczy Twojego najbliższego otoczenia może ani trochę nie odzwierciedlać tendencji w całej populacji. Po prostu. 

W pierwszej sytuacji odpowiadam często: „cieszę się, że u Was wszystko dobrze. To jednak nie znaczy, że u wszystkich będzie tak samo. Nie wiesz też, jak funkcjonowałoby Twoje dziecko, gdyby urodziło się naturalnie oraz nie znasz jego przyszłości – a i na to rodzaj porodu ma duży wpływ”. Jeśli chodzi o osoby wypominające ryzyko porodu naturalnego – cóż, tak, poród naturalny zawiera w sobie różne czynniki ryzyka. Zostały one wzięte pod uwagę w badaniach i NADAL cesarskie cięcie ma wyższy poziom większości z nich.

„Cesarka tylko dla ratowania życia!”

Każda decyzja medyczna powinna być podejmowana na zasadzie ważenia ryzyka. Co będzie najlepsze dla kobiety i dziecka, biorąc pod uwagę wszystkie dostępne informacje – zarówno wiedzę naukową, jak i dane dotyczące tych konkretnych osób, tej konkretnej ciąży? Patrząc na powyższą listę, można dojść do wniosku, że mało co przeważy taką, i to niekompletną, kolekcję zwiększonego ryzyka – chyba tylko faktyczne zagrożenie życia lub zdrowia (przeczytaj o tym, w jaki sposób nieprawidłowe działania personelu medycznego mogą doprowadzić do zagrożenia, którego można było uniknąć). Na tym wniosku zwykle opierają się ci, którzy chcieliby zakazać dostępu do cesarki „na życzenie”. W tym przypadku pomijana jest jedna ważna dla przeciwnego obozu kwestia:

„Co z wolnością wyboru?!”

Chyba wszyscy zgodzimy się, że wolność osobista to jedno z najważniejszych praw człowieka. Trudno jest pogodzić to z zakazem dostępu do porodu przez cesarskie cięcie, czyli niejako zmuszanie kobiet, żeby rodziły w taki sposób, jaki lekarze czy badacze uznali za mniej ryzykowny. Taka postawa może wydawać się pełna braku zaufania do kobiet, że potrafią podjąć decyzję dobrą dla nich samych i ich dzieci, a także nieszanująca prawa kobiet do prywatności i posiadania „swoich powodów” uzasadaniających daną decyzję. Czy to oznacza, że uważam, że kobiety powinny po prostu same podejmować decyzję o rodzaju porodu i już, koniec dyskusji? Nie, nie do końca.

Czy na pewno „na życzenie”?

Zastanówmy się przez chwilę: co to tak naprawdę znaczy „na życzenie”? Czy z powodu kaprysu lub wygodnictwa, „życzenia”, kobieta zdecydowałaby się na przysporzenie sobie i swojemu dziecku tych wszystkich potencjalnych kłopotów, wymienionych powyżej na liście? Naprawdę, nie sądzę…

Jakie powody mogą więc stać za cesarką „na życzenie”? Moim zdaniem, można je podzielić na dwie grupy.

1. Cięcie cesarskie z powodów psychologicznych

Tak nazywa „cesarkę na życzenie” Agnieszka Stein, ceniona psycholożka. Część kobiet, które wybierają poród przez cesarskie cięcie bez wskazań medycznych, robi to z powodów związnych z psychiką, a nie stricte z ciałem. Wiele z tych powodów można by de facto skategoryzować jako wskazania medyczne, tylko niestety rzadko lekarze traktują problemy psychiczne na równi z fizycznymi (np. PTSD – zespół stresu pourazowego po poprzednim traumatycznym porodzie, bardzo częsty, choć rzadko oficjalnie diagnozowany powód wyboru cesarki przy kolejnym porodzie). Powody psychologiczne mogą też być innej natury, np. molestowanie seksualne w przeszłości, a czasami nieuświadomione przez kobietę, np. skrajny brak akceptacji i zaufania do swojego ciała.

Warto jednak w każdym konkretnym przypadku zastanowić się, czy wybór cięcia cesarskiego jest jedynym rozwiązaniem, czy nie stanowi raczej wytrychu, drogi na skróty, która owszem – „dostarczy” kobiecie dziecko, ale problem psychologiczny pozostanie. Tak, czasami cięcie cesarskie ze wskazań psychologicznych to najlepsza droga dla danej kobiety. Dla innej być może dużo lepszym doświadczeniem byłaby dopasowana do jej sytuacji terapia podczas ciąży i świetne przygotowanie do porodu naturalnego, a w konsekwencji uzdrawiające doświadczenie pięknego porodu naturalnego. Znam wiele historii zarówno z pierwszej, jak i drugiej grupy i jestem przekonana, że naj-naj-najważniejsze jest indywidualne podejście do potrzeb danej kobiety.

2. Cesarskie cięcie z powodu niewiedzy

Z moich obserwacji wynika, że ogromna większość kobiet, które miały cesarskie cięcie bez wskazań medycznych (a także bardzo wiele spośród tych, których cesarka miała – rzekome lub prawdziwe – wskazania medyczne) nie miała pełnej informacji o możliwych konsekwencjach cesarskiego cięcia i zwiększonym różnorakim ryzyku w porównaniu z porodem naturalnym.

Część z tych kobiet miała cesarskę z powodów medycznych, część z psychologicznych – te kobiety (upraszczając) i tak prawdopodobnie zdecydowałyby się na ten rodzaj porodu, niezależnie od swojego poziomu informacji. Jednak wiele kobiet decyduje się na cesarskie cięcie bez wskazań medycznych dlatego, że nie wiedzą, jak tak naprawdę wygląda kwestia ryzyka na różnych płaszczyznach.

Może nie powiedział im o tym lekarz (niewiedza? wygoda? kasa?), a one zaufały, że wie, co robi i nie zdecydowały się na szukanie informacji na własną rękę. Może przyjaciółka miała dwa razy cesarkę na życzenie „i wszystko było dobrze” (pamiętasz dowód anegdotyczny? I nieświadomość, że np. częste chorowanie lub silne alergie mogą mieć związek z rodzajem porodu?). Bywa różnie. Fakty jednak są takie: ogromna większość kobiet nie otrzymuje pełnej informacji o ryzyku związanym z cesarskim cięciem. Jak to zmienić?

Co możemy zrobić?

TAK, UWAŻAM, ŻE KOBIETY POWINNY MIEĆ MOŻLIWOŚĆ WYBORU CESARSKIEGO CIĘCIA. 

Jednak żeby to DZIAŁAŁO, muszą być spełnione dwa warunki:

  1. Pełna informacja dotycząca cesarskiego cięcia i związanego z nim podwyższenia poziomu różnorakiego ryzyka;
  2. Kompleksowe wsparcie psychologiczne wedle potrzeb i RZETELNE przygotowanie do dobrego, intuicyjnego porodu naturalnego dla każdej kobiety.

Daleka droga przed nami… Cóż, nie możemy zmienić poziomu edukacji, zmęczenia, ignorancji, wygodnictwa lekarzy. Nie możemy machnięciem różdżki całkowicie zmienić programu większości szkół rodzenia w Europie.

Możemy za to:

  • Zadawać mnóstwo pytań, nie zadowalać się krótką, niezrozumiałą odpowiedzią – u lekarza i w szkole rodzenia;
  • Skonsultować się z innym lekarzem, albo dwoma, albo trzema;
  • Korzystać z przysługującej nam opieki położnej w czasie ciąży i rozmawiać z nią o porodzie;
  • EDUKOWAĆ SIĘ! Szukać polecanych książek o porodzie, zaufanych źródeł internetowych (więcej o tym, jak odróżnić dobre źródło od wątpliwego znajdziesz w moim darmowym ebooku);
  • Szukać dobrych, pozytywnych opowieści porodowych i samej też opowiadać o swoim dobrym porodzie;
  • Wziąć odpowiedzialność za swój poród, nie zdawać się na żadną osobę ani źródło w stu procentach, patrzeć krytycznie, pytać siebie „czego tak naprawdę potrzebuję?”;
  • Szukać społeczności, w której dostaniemy wsparcie i rzetelne informacje zamiast powtarzania mitów (możesz np. dołączyć do grupy Dobry poród, karmienie piersią, spokojne macierzyństwo by mokoshka).

Przyznaję bez bicia, że ja osobiście przeszłam wszystkie etapy opinii o cesarce „na życzenie”: od „zakazać!”, przez „wolny wybór”, przez „z powodów psychologicznych”, aż do rozróżnienia na dwie grupy – powody psychologiczne i niewiedza. Dokładnie opowiedziałam o wszystkich argumentach za i przeciw w nagraniu na żywo na FB (możesz obejrzeć powtórkę). Kiedy zapytałam Was na fanpage’u, co sądzicie o cesarce bez wskazań medycznych, 73% osób uznało, że powinna być dostępna dla każdego. Pod tym postem wywiązała się jednak ciekawa dyskusja o konkretnych doświadczeniach i trudniejszych do zdefiniowania opiniach – zajrzyj, jeśli jesteś ciekawa co o tym myślą inne kobiety.


Jeśli chciałabyś pogadać o Twoim porodzie, który nie wyglądał tak jakbyś chciała; dowiedzieć się, jak możesz przygotować się do prawdziwie dobrego porodu, zgodnego z Twoimi potrzebami; jeśli rozważasz cesarkę bez wskazań medycznych, ale masz ochotę jeszcze z kimś o tym pogadać; boisz się porodu i nie wiesz, jak sobie z tym radzićzapraszam Cię na konsultację w dogodny dla Ciebie sposób i dzień.


A Ty, jak uważasz? Czy „cesarka na życzenie” powinna być dozwolona? Daj znać w komentarzu!

„Mam za mało mleka” – zanim podasz sztuczną mieszankę

Jeśli podejrzewasz, że Twoje dziecko się nie najada lub że Twoje piersi produkują niewystarczającą ilość mleka, możesz się spodziewać, że niebawem usłyszysz od kogoś: „daj mu butelkę”. Tak naprawdę, nawet bez żadnych wskazań i szczególnego powodu, mamy niedługo po porodzie dostają taką radę bardzo często. Od położnej, od lekarza, od teściowej, od mamy, od koleżanki, od męża, w szpitalu, w przychodni, na klatce schodowej, w autobusie.

Czy muszę od razu sięgać po butelkę?

Butelka ze sztucznym mlekiem wydaje się być podstawowym rozwiązaniem wszystkich problemów z karmieniem. Czy to ma sens? Oczywiście, nie! Podanie butelki nie jest „rozwiązaniem problemów z karmieniem” – jest rezygnacją z rozwiązywania problemów z karmieniem. Tak, jak pisałam w poście o tym, jak odróżnić problemy z pobieraniem wystarczającej ilości mleka przez dziecko od innych rzeczy, z karmieniem niemal ZAWSZE da się jeszcze coś zrobić (nawet, jeśli zaczęłaś już dokarmiać). Tylko trzeba znaleźć problem, a następnie rozwiązać go, a nie „zagłuszać” prawdziwy problem, podając butelkę.

Dlaczego to takie ważne? Bo rozpoczęcie dokarmiania to poważna decyzja – statystyki pokazują, że drastycznie zwiększa ona ryzyko przedwczesnego zakończenia karmienia piersią. Dzieje się tak dlatego, że dzięki hormonom regulacji apetytu, zawartym w mleku matki, dziecko przestaje pić z piersi, kiedy jest najedzone. W mleku modyfikowanym nie ma tych hormonów, więc mechanizm nie działa. Tym sposobem, dziecko nakarmione mlekiem modyfikowanym zje mniej z piersi – a na dodatek, będzie stopniowo zjadać coraz mniej, a więcej wypijać z butelki. 

Istnieją oczywiście sytuacje, w których dokarmianie sztucznym pokarmem okaże się konieczne. Ważne jest, żeby robić to pod opieką dobrej, najlepiej poleconej Ci przez kogoś zaufanego doradczyni laktacyjnej, która poza dokarmianiem zaproponuje Ci sposoby rozhulania laktacji, dokładnie przyjrzy się przystawieniu dziecka do piersi i zaproponuje taki plan działania, żebyś mogła jak najszybciej wrócić do wyłącznego karmienia piersią. Pediatra czy położna zwykle nie są wystarczająco wykwalifikowani w problemach z karmieniem piersią, żeby udzielić tak szczegółowej pomocy. Złota zasada: jeśli ktoś „na dzień dobry” zaleca Ci dokarmianie… run, Forest, run! Po drugą opinię, i trzecią, jeśli będzie trzeba – aż znajdzie się ktoś gotowy pomóc Ci w karmieniu piersią, a nie jeszcze bardziej Ci je utrudnić.

Co możesz zrobić zanim zdecydujesz się podać dziecku mieszankę, a nawet jeszcze zanim skorzystasz z pomocy doradcy laktacyjnego? „Spróbuj tego w domu”!

Zanim sięgniesz po mieszankę

Podejrzewasz, że masz problem z produkcją mleka lub najadaniem się dziecka. Co dalej? Najpierw sprawdź w poprzednim poście, czy zachowanie Twojego dziecka świadczy faktycznie o problemach z pobieraniem mleka, czy może jednak o czymś innym. Poobserwuj przez dobę uważnie swoje karmienie, dziecko, piersi i samopoczucie. Sprawdź, czy występują u Was czynniki z listy sygnałów ostrzegawczych i jak mają się Wasze wskaźniki skutecznego karmienia (lista „Jak rozpoznać, że dziecko się najada?”).

Zwiększ swoje szanse na udane początki karmienia

Nadal masz wątpliwości – po przeczytaniu i obserwacji wydaje Ci się, że coś może być faktycznie nie tak z Waszym karmieniem lub po prostu poprzedni post nie usunął do końca Twoich obaw, pomimo, że wydaje się, że wszystko jest OK?

Przede wszystkim, upewnij się, że wiesz o co zadbać w początkach karmienia piersią, jak zapewnić sobie odpowiednie warunki i czego oczekiwać od noworodka i Waszego karmienia. Przeczytasz o tym w poście o udanych początkach karmienia piersią. Kiedy już masz odpowiednie nastawienie do zachowania Twojego dziecka w kwestii karmienia, przyjrzyjmy się Twojemu zachowaniu.

Odpowiednie zachowanie przy karmieniu (Twoje!)

Zasady opisujące prostą drogę do nieprzeszkadzania swojemu karmieniu ujmują się zgrabnie po angielsku w słowo FEEDS (dosł. „karmienia”): Frequent (częste), Effective (efektywne), Exclusive (wyłączne), on Demand (na żądanie), Skin to skin (skóra do skóry). Na ten pomysł wpadły Gill Rapley i Tracey Murkett w książce „Po prostu piersią”. Warto zapamiętać!

Naucz się karmić w pozycji odchylonej

…(laid-back breastfeeding, biological nurturing). To może zrobić całą robotę np. w przypadku, kiedy powodem wątpliwości co do wypijania odpowiedniej ilości mleka przez dziecko jest zbyt płytkie chwytanie piersi. Serio.

Najpierw podawaj pierś

…w odpowiedzi na marudzenie dziecka. Nie czekaj, aż się bardzo zniecierpliwi, nie próbuj zabawiać. Marudzącemu noworodkowi chodzi o pierś. A nawet, jeśli nie o jedzenie, tylko np. o bliskość, o upewnienie się, że jesteś, o ciepło czy zmianę pozycji – pierś i tak mu to zapewni. A przy okazji pobudzi Twoją produkcję.

Zawsze zaproponuj drugą pierś

…najwyżej odmówi. I trzecią. I czwartą też, jeśli dziecko nadal nie skończyło samo ssać. Pamiętaj tylko, żeby nie zmieniać zbyt często, np. po 2-3 minutach ssania danej piersi, bo wtedy istnieje ryzyko, że dziecko wypije tylko wysokolaktozowe mleko, a „nie dokopie się” do tłustszego. Piersi produkują mleko na bieżąco, a dziecka nie da się przekarmić (pamiętasz regulatory apetytu w mleku?). Proponuj tyle piersi, ile dziecko chce zassać, aż samo skończy, porządnie zaśnie lub da Ci znać, że już nie chce ssać kolejnej.

Nie ograniczaj czasu

…ssania. Pamiętaj: popyt-podaż. Nawet, jeśli dziecko ssie „niespożywczo”, do czegoś ważnego mu to służy (mówię tu o noworodku, kilkumiesięcznym najedzonym dzieciom można próbować wyjąć z buzi pierś, kiedy przysypiają). Albo Twoim piersiom – do produkcji, oczywiście!

Zadbaj o jak najlepsze przystawienie

…dziecka do piersi. Ze wsparciem specjalisty od karmienia, jeśli jest taka potrzeba. To często niedoceniany czynnik, który może mieć ogromne znaczenie w ilości mleka pobieranego przez dziecko.

Breast compressions

Na dzieci szybko męczące się, niecierpliwe, zasypiające już na początku karmienia, denerwujące się, ciągnące za brodawkę lub inne, które być może nie wypijają wystarczająco i już wypiły „pierwszą dostawę” mleka, wypróbuj breast compressions – robienie „kanapki” z piersi dłonią ułożoną w „C” i uciskiem dla zwiększenia ciśnienia wypływającego mleka. Tylko nie uciskaj za mocno ani za długo w jednym miejscu.

Jak zacząć produkować więcej mleka?

Pozwól, że najpierw odpowiem moim ulubionym cytatem ze znanego pediatry i autora genialnych książek Carlosa Gonzalesa: „A po jakie licho chcesz mieć więcej mleka? Sklep zakładasz, czy co?”. No właśnie. Bardzo ważne jest, żebyś najpierw dokładnie wiedziała, po codlaczego chciałabyś produkować więcej mleka, czyli czy ustaliłaś (być może przy wsparciu specjalisty od laktacji), że naprawdę problem tkwi w zbyt niskiej produkcji mleka.

Czy na pewno chodzi o ilość mleka?

Jak już wiesz z tego i poprzedniego posta, często to założenie jest robione na podstawie błędnych wskazówek. Do tego, jeśli problem zaniżonej produkcji wziął się np. z tego, że dziecko zbyt płytko przysysa się do piersi, samo zwiększenie produkcji mleka nie pomoże – trzeba czem prędzej naprawić to przystawienie, a wtedy dziecko samo złoży zamówienie na więcej mleka, czyli na dokładnie tyle, ile będzie potrzebowało. W takim przypadku, jak już wiesz, potrzebne jest szybkie działanie, żeby nie przymknąć sobie drzwi do udanego wyłącznego karmienia piersią.

Kto decyduje o produkcji?

Zupełnie niesamowite badania przeprowadził Australijczyk prof. Peter Hartmann, a opisała je dokładnie Jennifer Grayson we wstrząsającej książce „Odstawieni – ewolucja karmienia piersią. Historia kontrowersji”. Dowiódł on, że to apetyt dziecka definiuje wysokość produkucji mleka u matki, a nie same piersi. Co jeszcze bardziej zaskakujące, nawet kiedy matki podkręciły swoją produkcję mleka intensywnym odciąganiem czy suplementami, dzieci wypijały TYLE SAMO MLEKA, co wcześniej. 

Te wyniki pozwalają położyć jeszcze większy nacisk na prawidłowe przystawienie do piersi i ewentualnie sprawdzenie ze specjalistą czynników leżących po stronie dziecka (wędzidełko, podstawowe badania, jeśli jest podejrzenie choroby, która mogłaby się wiązać np. z niewystarczającym według lekarza przybieraniem na wadze lub niskim apetytem)

Fizyczne problemy z produkcją

Jeśli chodzi o stricte zdrowotne problemy kobiety, które nie pozwalałyby jej wyprodukować wystarczającej ilości mleka dla dziecka, to ich występowanie jest statystycznie niskie – dotyczy 1 do 5% kobiet. Tak naprawdę bardzo trudno to zbadać, bo nie ma populacji, w których kobiety dostawałyby niezawodną, godną zaufania opiekę laktacyjną wedle potrzeb, bardzo możliwe więc, że problemy stricte fizyczne dotyczą jeszcze mniejszego odsetka kobiet. To np. poważne schorzenia tarczycy czy wrodzony niedobór tkanki gruczołowej w piersiach. Problemy z produkcją mleka nie są dziedziczne, chyba, że weźmiemy pod uwagę poważne choroby, które mogą być dziedziczone, a wpływają na produkcję mleka, np. cukrzyca.

Ale to dotyczy tylko jednej na sto – jednej na dwadzieścia kobiet. Natomiast badacze w ciągu ostatnich kilku lat wykazali, że aż 35-50% kobiet martwi się samodzielnie zdiagnozowaną (lub, niestety, we współpracy z pediatrą, ale na podstawie błędnych przesłanek) niewystarczającą ilością mleka i często przedwcześnie rezygnują z karmienia właśnie z tego powodu.

No powiedzże, jak produkować więcej!

Okej, okej! Możesz wypróbować:

  1. Szybka pomoc – promotorka, edukatorka, doula, doradczyni – najlepiej zaufana, polecona
  2. Ssanie, ssanie, ssanie… karmienie na żądanie mamy! Dziecko we własnej osobie najlepiej pobudza produkcję, jeśli tylko z przystawieniem jest OK
  3. Power pumping – intensywne, częste odciąganie oprócz karmienia, kiedy dziecko nie chce już jeść – przez tydzień-dwa lub chociaż kilka dni. Uwaga: nie podajemy odciągniętego mleka w tym czasie dziecku. Każde dokarmienie poza piersią to strata możliwości stymulacji piersi. Zamrażaj. 
  4. Słód jęczmienny w suplementach
  5. Aromaterapia – szałwia muszkatołowa, bazylia, jaśmin działają pobudzająco na produkcję mleka
  6. Akupunktura – najlepiej u specjalistów akupunktury okołoporodowej, to często są położne
  7. Jedzenie – szczególnie bogate w witaminę B6, która działa anystresowo i rozluźniająco, pomagając produkować oksytocynę – np. czerwona soczewica; ale też każde inne jedzenie, które działa na Ciebie szczególnie odżywczo, uspokajająco, rozgrzewająco
  8. Środki farmakologiczne wspomagające produkcję mleka – może je przepisać lekarz; najlepiej znaleźć doradczynię laktacyjną i lekarkę w jednym, wtedy mamy duże prawdopodobieństwo, że przed podaniem leków zostaną wypróbowane wszystkie nieinwazyjne możliwości

Jest jeszcze mnóstwo rzeczy do powiedzenia o samym dokarmianiu, ale o tym kiedy indziej. Mam nadzieję, że teraz wiesz już, że zanim sięgniesz po butelkę z mlekiem w proszku, możesz zwrócić uwagę na całą masę czynników, które mogą mieć wpływ na to, jak Wam idzie karmienie. A jak to było u Ciebie? Daj znać w komentarzu!

Pobierz checklistę sposobów na dbanie o odpowiednią produkcję mleka i powiesić sobie na lodówce czy przewijaku  🙂

„Mam za mało mleka” – jak poznać, czy Twoje dziecko się najada

To jeden z najczęściej zgłaszanych problemów przez mamy w ciągu pierwszych tygodni po porodzie: „nie mam mleka”, „mam za mało mleka”, „moje dziecko jest głodne”. Czy to prawda, że tak wiele matek w dzisiejszych czasach – czasem wydaje mi się, że większość mam zgłasza tego rodzaju wątpliwości – nie produkuje wystarczająco dużo mleka, żeby wykarmić swoje dzieci?

Skąd to przekonanie?

Bardzo wiele przypadków takiego myślenia, a nawet zaprzestania karmienia, bazuje na błędnym przekonaniu i pochopnie wyciągniętych wnioskach. Jestem przekonana, że ma to swoje źródła w zjawisku powszechnym w naszej kulturze – wpędzaniu matek w lęk i niepewność, praktykowane zarówno przez marketingowców (w końcu strach i stwarzanie sztucznych potrzeb to podstawowe metody sprzedaży), lekarzy (którzy mają wielowiekową tradycję uważania, że wszystko wiedzą najlepiej – czywiście z chlubnymi wyjątkami), jak i naszych bliskich – mamy, teściowe, przyjaciółki, mężów, na których równie silnie, jak na nas, działają dwa poprzednie czynniki (wydaje Ci się to nieprawdopodobne? Szerzej opisuję to zjawisko w moim ebooku).

Niestety, większość położnych i pediatrów – czyli osób, do których młode mamy zgłaszają się z problemami – nie ma wystarczającej wiedzy o laktacji (a także czasu) i często pochopnie, jako rozwiązanie każdej trudności z karmieniem piersią, zalecają dokarmianie sztuczną mieszanką. A początek dokarmiania często bywa początkiem końca karmienia piersią. Jak to działa?

Otóż nowe badania wykryły, że mleko mamy zawiera hormony regulujące uczucie sytości u niemowlęcia – dlatego nie da się przekarmić niemowlęcia karmionego wyłącznie piersią. Dzięki tym hormonom dziecko decyduje, kiedy skończyć ssać. Sztuczna mieszanka mleczna nie zawiera takich „mądrych” składników. Nierzadko skutkuje to tym, że dziecko wypija mleko z butelki „pod korek”, a mleka z piersi – którego wypijanie jest regulowane przez zawarte w nim hormony – zaczyna wypijać coraz mniej.

Warto pamiętać, że o karmienie piersią praktycznie ZAWSZE można jeszcze zawalczyć – jeśli tylko jesteś w stanie znaleźć w sobie trochę siły, to warto wstrzymać się z wprowadzaniem dokarmiania na własną rękę, przy pierwszych trudnościach, bez stwierdzonych wskazań medycznych, bez konsultacji ze specjalistą od laktacji. Badania jednoznacznie wykazują, że z punktu widzenia zdrowia i funkcjonowania dziecka mleko mamy jest dla niego pokarmem idealnym, a wiele istotnych rzeczy jest w tej sprawie dopiero odkrywanych.

Czy moje dziecko się najada?

To normalne, że świeczo upieczonym rodzicom często sprawia trudność stwierdzenie, czy ich dziecko się najada. W końcu i oni, i dziecko wszystkiego muszą się jeszcze nauczyć! Spróbuj odsunąć od siebie poczucie winy, że „nie rozumiesz swojego dziecka” – przecież kierowania samochodem czy wykonywania swojego zawodu też nie nauczyłaś się od razu, prawda? A tu masz do czynienia z „kosmitą” – zupełnie nowym, a jednak już w jakimś stopniu ukształtowanym człowiekiem, z którym się teraz wzajemnie poznajecie, formujecie podwaliny Waszej relacji na całe życieTo przecież musi zająć trochę czasu!

Jak rozpoznać, że dziecko się najada?

Istnieją sposoby samodzielnego rozpoznania z dużym prawdopodobieństwem, czy jest jakiś realny problem z najadaniem się dziecka lub Twoją produkcją mleka.

Zachowanie podczas karmienia

Dziecko uspokaja się przy ssaniu piersi. Jeśli początkowo było dość napięte, to teraz jego piąstki się rozluźniają, a dziecko ssie z zadowoleniem. Na początku dziecko ssie szybko, energicznie, a po napływie dużych ilości mleka do piersi zaczyna ssać wolniej, przełykając między ssaniami. Po jakimś czasie dziecko zaczyna przełykać coraz rzadziej, jest coraz bardziej rozluźnione aż w końcu zasypia lub puszcza pierś.

Zachowanie pomiędzy karmieniami

Część czasu dziecko przesypia, ale miewa też chwile spokojnego czuwania, kiedy rozgląda się dookoła i podoba mu się, kiedy do niego mówisz, uśmiechasz się. Noworodek nie powinien spać zbyt długo – najlepiej, jeśli je 10-12 razy na dobę w pierwszych kilku tygodniach. Kiedy dziecko zaczyna być głodne, wysyła subtelne sygnały – kręci główką na boki, rozgląda się, porusza ustami, wydaje dźwięki. Kiedy reagujesz na te sygnały przystawieniem do piersi, uspokaja się.

Kupa i siku

Po pierwszych sześciu „przejściowych” dniach po porodzie, Twój noworodek powinien robić przynajmniej 2 kupy dziennie i moczyć przynajmniej 6 pieluszek (pieluszka z kupą liczy się też za siku, bo bardzo rzadko kupa jest bez siku). Zwykle będzie to dużo więcej! Monitorowanie pieluch to bardzo dobra reakcja na wątpliwości dotyczące ilości wypijanego przez dziecko mleka. Jest mało prawdopodobne, że dziecko robiące odpowiednią ilość kupy i siku nie pobiera wystarczającej ilości mleka.

Przystawienie do piersi (latch)

To „najpierwsza” rzecz do sprawdzenia przy jakichkolwiek trudnościach z karmieniem piersią, ponieważ niezbyt dobry sposób uchwycenia piersi przez dziecko jest najczęstszym winowajcą wielu problemów, w tym zbyt małej ilości mleka wypijanej przez dziecko. Przeczytaj posta o dobrym przystawieniu! Pamiętaj, że ma być głębokie (brodawka + sporo otoczki), asymetryczne (więcej piersi w buzi od strony brody dziecka), bezbolesne dla Ciebie (poza pierwszymi kilkoma zassaniami w pierwszych dniach, kiedy brodawki mogą się przyzwyczajać do nowej, ekhm, intensywności bodźców…), a w ssaniu możesz dostrzec króciutkie przerwy na przełykanie (szeroko otwarta buzia -> przerwa -> przymknięta buzia – w tej przerwie dziecko przełyka. Możesz to przetestować, pijąc przez słomkę i obserwując gdzie w danym momencie znajduje się Twój podbródek).

Jesteś blisko dziecka

Jesteś blisko, karmisz na żądanie, reagujesz na jego sygnały, przystawiasz go do piersi zanim zacznie porządnie marudzić, pozwalasz mu być cały czas blisko Ciebie (a najlepiej na Tobie, jeśli już o tym mowa).

Masa ciała dziecka jest odpowiednia

Pamiętaj jednak, że najpierw zachowanie i oznaki zdrowia (kupa siku, dobre przystawienie, częste karmienie), a potem tabelki. Na to, ile dziecko waży, ma wpływ bardzo wiele czynników, szczególnie w pierwszych dniach po porodzie (np. ile płynów w kroplówce dostałaś podczas porodu lub po ilu minutach odcięto pępowinę – serio). Dr Jack Newman, światowy autorytet od karmienia piersią, wykazał, że rozbieżności między różnymi wagami potrafią być niewiarygodne: to samo dziecko, zważone na przestrzeni kilku minut na dwóch różnych wagach, ważyło według jednej z nich o 400 gramów mniej niż na drugiej. Tak, dobrze przeczytałaś: CZTERYSTA. Nawet na identycznych wagach tego samego producenta rozbieżności wynosiły ok. 85g. Dla trzykilogramowego noworodka te 85g to około 3% masy ciała. A to tylko jeden przykład. Pomyśl tylko, ile dzieci nie zostało wypuszczonych ze szpitala lub było niepotrzebnie dokarmianych mieszanką z powodu błędu pomiaru… Raczej nie zaleca się ważenia dziecka częściej niz raz na tydzień, a i to u zdrowego dziecka nie jest konieczne, bo może to być zupełnie niemiarodajne.

Sygnały ostrzegawcze

Kiedy zauważysz coś z poniższej listy, oznacza to, że Twoje dziecko może rzeczywiście mieć trudności z pobieraniem odpowiedniej ilości mleka. Warto szybko poszukać wsparcia u poleconego specjalisty od laktacji, żeby było jak najmniej do naprawiania (doradca laktacyjny – CDL, konsultant laktacyjny – IBCLC lub polecona Ci przez kogoś zaufanego położna lub inna specjalistka / specjalista od laktacji):

  • dziecko przy każdym lub prawie każdym karmieniu zachowuje się nerwowo, odrywa się od piersi po kilku ssaniach i znów przysysa;
  • dziecko zasypia już po kilku ssaniach, mimo, że od kilku godzin nie jadło, masz problem z namówieniem go do jedzenia wiele razy w ciągu doby;
  • dziecko ssie płytko, nieregularnie, wydaje Ci się, że nie przełyka często;
  • jest za mało kupy i siku;
  • twoje brodawki są pogryzione, bolesne, poranione, mają po karmieniu dziwny kształt;
  • masz bolesne piersi, powracający zastój, zapalenie piersi, zatkane kanaliki;
  • masa ciała dziecka przez pierwsze kilka dni nie wróciła do wagi urodzeniowej, dziecko ważone co kilka dni lub co tydzień nie przybrało na wadze.
Po porodzie mojej średniej córki Neli. Zdjęcie: Dominika Dzikowska

To NIE SĄ sygnały, że masz za mało mleka

Występujące pojedynczo, poniższe zachowania nie są dowodami na to, że dziecko się nie najada. Wiele z nich wynika z błędnych oczekiwań względem noworodka lub zbytniego przywiązania do numerków z książek czy wytycznych.

  • Dziecko jest niespokojne i często płacze: powodów takiego zachowania może być wiele, z temperamentem lub przeżywaniem porodu włącznie. Pamiętaj, że dokarmianie nie jest też sposobem na tak zwaną kolkę, ale o tym kiedy indziej;
  • Dziecko je bardzo często, nawet co godzinę lub częściej: to świetnie! To znaczy, że robi dokładnie to, co powinno teraz robić: składa zamówienie na całe swoje przyszłe mleko w Twojej „fabryce”. Jasne, że to męczące. Jasne, że to potrwa tylko kilka tygodni! W Twoim życiu kilka tygodni to pestka, w życiu dziecka to najważniejszy czas;
  • Dziecko je bardzo długo: nie ma górnej granicy czasu trwania karmienia. Niektóre dzieci potrzebują być przy piersi BARDZO długo. Dopóki towarzyszy temu efektywne ssanie, a dopiero po najedzeniu się – drzemanie, to jest OK. Zalecane: książki, Netflix i obłożenie się pożywnymi przekąskami!
  • Dziecko je bardzo krótko: niektóre dzieci najadają się w 7 minut skutecznego karmienia i to jest OK. Co nie znaczy, że będą chciały Ci zejść z klaty – więc książki, Netflix i przekąski Ciebie też nie ominą;
  • Dziecko chce być cały czas na mamie: to normalne i dobre dla niego. Pamiętaj, że jesteś jedynym środowiskiem, które dziecko zna i w którym czuje się bezpiecznie. Ono nie wie, że leżąc samo w łóżeczku nie zostanie zaraz pożarte przez dzikie zwierzęta – nasze instynkty są dużo starsze niż cywilizacja;
  • Dziecko denerwuje się na początku karmienia: niektóre dzieci są niecierpliwe i trudno im znieść czekanie na napływ mleka. Albo odwrotnie: denerwują się zbyt silnym strumieniem, kiedy mleko już napłynie. Albo obie te rzeczy na raz… O ile dziecko skutecznie ssie przez większość karmienia, jak już uda się Wam przejść przez trudny początek, to możesz uznać, że przyzwyczai się, nauczy sobie z tym radzić, przejdzie;
  • Dziecko przysypia już od początku karmienia: może tak być, kiedy dziecko musi ciut dłużej czekać na napływ mleka do piersi i jest ospałe z innych powodów, np. kiedy rodziłaś ze znieczuleniem. Dopóki jesteś w stanie pobudzić dziecko do efektywnego ssania kiedy mleko już przypłynie, np. za pomocą breast compressions – robienie „kanapki” z piersi dłonią ułożoną w „C” i uciskiem dla zwiększenia ciśnienia wypływającego mleka – jest OK;
  • Masz miękkie/małe piersi: piersi z ustabilizowaną laktacją mają być miękkie, a nie twarde. Nie musisz też czuć przypływu mleka – ono przypływa i tak. Rozmiar piersi nie ma znaczenia w możliwości karmienia;
  • Masz nabrzmiałe/duże piersi: w nawale piersi mogą być bardzo obrzmiałe – to nie tylko mleko, ale też limfa, która gromadzi się w piersiach w reakcji na lekki stan zapalny, towarzyszący nawałowi. Żeby pomóc dziecku przyssać się do piersi z nawałem, możesz „odsunąć” trochę płynu dookoła otoczki wgłąb piersi za pomocą promienistego ruchu opuszków palców. Duże piersi nie są przeszkodą w karmieniu dziecka – możesz tylko mieć potrzebę opracowania dobrej dla Was pozycji;
  • Dziecko nie wpisuje się w tabelki dokładnie tak, jak chciałby lekarz: pamiętajmy o tym, że waga nie jest najlepszym ani jedynym wskaźnikiem najedzenia dziecka. Zawsze porównujmy wagę tego konkretnego dziecka do jego wcześniejszej wagi – przyrost jest ważniejszy niż porównanie do innych. Pamiętaj, że jeśli dziecko jest np. na dziesiątym centylu, znaczy to tylko tyle, że 10% dzieci w jego wieku waży mniej niż ono – i nic poza tym! Ktoś jest mały, a ktoś inny duży, nomalna sprawa :). 

Starsze dzieci

Kiedy laktacja jest już ustabilizowana, karmisz piersią z powodzeniem od kilku miesięcy i nagle dzieje się COŚ – dziecko zaczyna się denerwować przy piersi, zaczyna budzić się strasznie często w nocy, lekarz zaczyna coś przebąkiwać o za małej wartości kalorycznej mleka itp. – wiele mam ponownie (lub po raz pierwszy) zaczyna denerwować się, że mają za mało mleka lub że dziecko się nie najada. Chcę Ci powiedzieć, że…

TWOJE MLEKO JEST IDEALNIE DOPASOWANE DO POTRZEB TWOJEGO DZIECKA. Nie ma czegoś takiego jak „za niska wartość” mleka, „za chude” mleko, „za tłuste” mleko. Nie ma też „za mało mleka” nagle przy ustabilizowanej laktacji. 

Dzieci się rozwijają i ten rozwój przynosi im wiele niespodzianek, emocji i nowych potrzeb. Karmienie piersią to najważniejsza relacja dziecka i to oczywiste, że zmiany w jego życiu będą widoczne także w tym obszarze. Tak, mowa tu o tak zwanych skokach rozwojowych, ale nie tylko – niektóre dzieci w ogóle nie zachowują się zgodnie z “kalendarzem skoków” i to też jest normalne. Nie lubię natomiast określenia „kryzys laktacyjny”, bo to nie jest żaden kryzys, tylko normalna rzecz w każdym karmieniu.

Najważniejsze, co powinnaś wiedzieć, to to, że piersi potrzebują kilku dni, żeby przystosować się do nowego zapotrzebowania dziecka. W tym czasie dziecko może być szczególnie marudne czy “wisieć” non stop na piersi – i warto mu na to pozwolić, bo ono w ten sposób składa zamówienie na mleko, dając piersiom znać, ile będzie go teraz potrzebowało. Dokarmianie dziecka w czasie skoku czy regresu snu może spowodować problemy z produkcją wystarczającej ilości mleka, ponieważ piersi nie dostaną zaktualizowanego zamówienia od dziecka w adekwatnej, potrzebnej mu wysokości.


Wiem ze swojej pracy z kobietami, a także z Waszych wypowiedzi na Facebooku, że lęk o to, czy dziecko się najada, czy produkuję wystarczająco dużo mleka, jest bardzo szeroko rozpowszechniony. Mam nadzieję, że powyższa ściągawka pomoże Ci odróżnić prawdziwy powód do działania w kierunku usunięcia trudności w karmieniu od obaw, które dotyczą zupełnie naturalnych elementów karmienia piersią. Pamiętaj – niemal zawsze da się zrobić naprawdę mnóstwo rzeczy, żeby wesprzeć Cię w karmieniu tak długo, jak będziesz chciała i wyjść z trudności bez szwanku dla laktacji.


Co robić, kiedy wciąż podejrzewasz, że produkujesz zbyt mało mleka? Przeczytaj tu! Daj znać, jak to było u Ciebie – znasz lęk o to, że dziecko się nie najada, z własnego doświadczenia czy szczęśliwie Cię to ominęło na Twojej drodze mlecznej?

Pobierz checklistę – co możesz zrobić, żeby zadbać o odpowiednią produkcję mleka? Powieś sobie nad ekspresem do kawy albo łóżeczkiem 🙂

Niepotrzebne cesarskie cięcie

Kiedy trwały zapisy na mój kurs online o porodzie, spotkałam się z komentarzami, że namawiam kobiety do ryzykowania zdrowia dziecka i rezygnacji z cięcia cesarskiego. To oczywiście nie jest prawda, postanowiłam jednak zająć się tą kwestią szerzej i jak najszybciej opowiedzieć Wam, jak to jest z tymi cesarkami. Czy każde cesarskie cięcie ratuje zdrowie lub życie? Czy Twój poród zależy tylko od czynników zdrowotnych i losowych? Czytaj dalej!

Czy cesarskie cięcie jest potrzebne?

Oczywiście, że cesarskie cięcie jest czasem potrzebne i ma swoje miejsce w systemie opieki nad kobietą w porodzie. To wspaniale, że zostało wymyślone i jest wciąż dopracowywane tak, żeby niosło jak najmniejsze ryzyko dla matki i dziecka.

Jednak cesarskie cięcie jest poważną operacją brzuszną – czy nam się to podoba, czy nie. I tak, jak każda operacja, niesie za sobą różnorakie ryzyka. Tu odzywają się często osoby, które błędnie klasyfikują mnie jako „przeciwniczkę cesarek” – „poród naturalny to też jest ryzyko!!!”. Tak, jasne. Zgadzam się z tym. Żyjemy, a życie niesie za sobą ryzyko. Być może o tym nie myślisz ( i dobrze, chyba bym zwariowała, gdybym to ciągle miała w głowie!), ale wsiadając za kierownicę samochodu, wystawiasz się na ryzyko. Idąc do sklepu po bułki, wystawiasz się na ryzyko. Lecąc na wakacje na Kanary też wystawiasz się na ryzyko. Tak samo poród naturalny niesie za sobą pewne ryzyko komplikacji.

Badania pokazują jednak czarno na białym: cięcie cesarskie stanowi wyższe ryzyko komplikacji dla matki, dziecka, a także następnych dzieci danej kobiety niż poród naturalny.

Cesarskie cięcie w Polsce i na świecie

Według raportu Fundacji Rodzić po Ludzku z 2017 roku, w Polsce już 43% porodów odbywa się przez cesarskie cięcie – 43%, naprawdę! To strasznie dużo nawet na pierwszy rzut oka, prawda? Czy naprawdę niemal połowa kobiet nie daje rady urodzić i w efekcie trzeba ratować życie jej lub dziecka?

Do 2010 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zalecała, aby odsetek cięć cesarskich w żadnym kraju nie przekraczał 10-15%. Stoi to w jawnej sprzeczności z niechlubnym polskim wynikiem z ubiegłego roku, ale też z wynikiem ogromnej większości krajów uprzemysłowionych. W niektórych szpitalach w krajach Ameryki Południowej czy Stanów Zjenoczonych odestek cesarskich cięć wynosi nawet 99%! Już od dawna badacze wskazują na fakt, że im bardziej odsetek cięć cesarskich zbliża się do rekomendowanych 10%, tym mniej jest śmierci okołoporodowych – zarówno dzieci, jak i matek. Od zeszłego roku trwa dyskusja na temat statystyk śmierci okołoporodowej matek w Stanach Zjednoczonych. Okazało się bowiem, że w Stanach na 100 000 porodów żywych dzieci umiera aż ponad 26 kobiet! W dodatku, podczas gdy poziom ten w innych krajach rozwiniętych systematycznie spada, w USA od 2000 roku… rośnie. Dla porównania, np. w Finlandii, gdzie odsetek cięć cesarskich wynosi około 16,2%, umierają mniej niż 4 kobiety na 100 000 porodów żywych dzieci. Ogromna różnica, prawda?

W 2010 roku WHO wycofało się ze swojej rekomendacji, twierdząc, że „najważniejsze, aby każda kobieta, która tego potrzebuje, miała umożliwione cesarskie cięcie”. Obawiam się, czy to nie jest wylewanie przysłowiowego dziecka z kąpielą: zamiast zalecić wdrażanie (doskonale udokumentowanych w badaniach naukowych) praktyk mających na celu wspieranie kobiet rodzących tak, żeby cesarskie cięcie było potrzebne jak najrzadziej, światowy autorytet w dziedzinie zdrowia wycofuje się z bardzo użytecznego wskaźnika, do którego mogły dążyć szpitale…

Skąd ten niebotyczny odsetek cesarskich cięć?

Można na to pytanie odpowiedzieć bardzo krótko, bo jednym słowem: INTERWENCJE. 

Jak wykazują raporty Fundacji Rodzić po Ludzku, a także liczne analizy, książki i badania naukowe, głównym winowajcą skandalicznie wysokiego odsetka cięć cesarskich jest niepotrzebna medykalizacja ciąży i porodu. Zależność w uproszczeniu wygląda tak: im więcej interwencji medycznych w ciążę i w poród, tym więcej cesarskich cięć. A jednak z jakichś powodów (rutyna, usilne próby wciśnięcia wszystkich w jeden schemat, „porządek”, władza nad kobietami, kontrola naszego macierzyństwa i odbieranie nam poczucia sprawczości, które to schematy kulturowe są bardzo silnie zakorzenione – ale to już temat na inne opowiadanie) szpitale, czyli większość personelu medycznego, upiera się przy systematycznym zwiększaniu poziomu interwencji w poród. Pomimo, że jest na wszystkie strony zbadane i udowodnione, że niepotrzebne interwencje zwiększają śmiertelność i problemy zdrowotne wśród kobiet i dzieci, czyli w efekcie całego społeczeństwa! W ten sposób powstaje unnecaesarean (gra słów łącząca w sobie słowa „niepotrzebna” i „cesarka”).

Tymczasem prawda jest taka, że zdrowa kobieta potrzebuje do urodzenia dziecka przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa i swojej wewnętrznej siły. Zauważmy, że dla każdej kobiety te rzeczy mogą oznaczać coś innego. Ważne jest, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że zostawienie kobiety w spokoju podczas porodu to to, co pomoże jej najbardziej. Oczywiście, ona sama musi być gotowa na to, że nikt nie „urodzi za nią” – a to czasem jest duża praca do wykonania nad swoim nastawieniem do porodu jeszcze w czasie ciąży.

Różne drogi do niepotrzebnej cesarki

Zdarzają się różne problemy zdrowotne, które oczywiście warto rozwiązywać we współpracy z położną czy lekarzem. Natomiast odsetek najróżniejszych interwencji w poród jasno pokazuje, że przeważająca większość z nich jest wykonana na wyrost, niepotrzebnie lub z innych powodów niż medyczne. To nie jest tylko moje prywatne zdanie – zostało to udowodnione badaniami, które szeroko opisuje np. Claude Didierjean-Jouveau w książce „Poród bez granic”, Millie Hill w „The Positive Birth Book”, Ina May Gaskin w „Porodzie naturalnym”, Sheila Kitzinger w „Kryzysie narodzin” i wiele innych badaczy i autorów.

Poniższa lista zawiera kilkanaście spośród wielu czynników, które wpływają na zwiększenie ryzyka cesarskiego cięcia w przebiegu porodu. Mówimy tu o porodzie kobiety, która nie została zakwalifikowana do operacji z bezdyskusyjnych powodów, np. łożysko przodujące czy poprzeczne ułożenie dziecka.

Przykłady działań zwiększających ryzyko niepotrzebnej cesarki

  • Ciągły zapis KTG w czasie porodu
  • Kroplówka z oksytocyną na przyspieszenie lub wywołanie porodu
  • Ograniczanie swobody ruchu rodzącej kobiety (np. nakaz leżenia w łóżku)
  • Aktywne prowadzenie porodu (np. „nakaz” rozwierania szyjki macicy w tempie 1 cm na godzinę)
  • Pozycja leżąca na plecach, szczególnie podczas parcia
  • Ograniczenia dotyczące obecności osób towarzyszących
  • Znieczulenie zewnątrzoponowe
  • Zakaz korzystania z wody (prysznic, wanna itp.)
  • Zakaz jedzenia i picia
  • Nieuprzejme zachowanie w stosunku do kobiety rodzącej, brak poszanowania jej intymności, niedelikatność
  • Obecność niepotrzebnych osób postronnych (do porodu fizjologicznego potrzebna jest położna i… to wszystko)
  • Jaskrawe światło w pomieszczeniu
  • Głośne rozmowy
  • Częste, w szczególności niedelikatne badania wewnętrzne
  • Chłód na sali porodowej
  • …i wiele innych.

W jaki sposób te interwencje powodują cięcie cesarskie?

Zgodnie z EBM (Evidence-Based Medicine, medycyna oparta na dowodach naukowych), powyższe działania i interwencje są w porodzie fizjologicznym szkodliwe z wielu powodów. Między innymi zwiększają one ryzyko wykonania cesarskiego cięcia. Zwykle dzieje się tak z jednego z dwóch powodów.

Po pierwsze, działania te mogą  powodować stres dziecka widoczny w zbyt dużych spadkach lub wahaniach tętna. Po drugie, działania te mogą powodować stres matki, a w konswekwencji brak postępu porodu. Czynniki te mogą też wystąpić równocześnie – matka i dziecko w oczywisty sposób wpływają na siebie nawzajem.

Poród to skomplikowany proces, który opiera się na delikatnej równowadze hormonalnej. Jej podstawą jest to, czy kobieta czuje się bezpiecznie. Jeśli kobieta się stresuje, poród zwalnia. W związku z tym może zostać ogłoszony „brak postępu porodu”, który jest całkowicie sztucznym, książkowym tworem. Legenda położnictwa Ina May Gaskin celnie nazywa to zjawisko „brakiem postępu w cierpliwości” (to moje wolne tłumaczenie; w oryginale „failure to progress” w porodzie to według Gaskin „failure to wait”). 

Ważne jest, żeby zauważyć, że w tym przypadku problemy z tętnem u dziecka czy wykończeniem matki są konsekwencją działań personelu szpitalnego, a nie pojawiającym się nagle losowym czynnikiem zdrowotnym. Komplikacje takie, pojawiające się w wyniku interwencji, które teoretycznie miały komplikacjom zapobiegać, nazywają się jatrogenne. 

Niezwykle ciekawe i dające do myślenia jest to, że w „wiosce porodowej” Iny May Gaskin, do której przyjeżdżają kobiety w ciąży z całych Stanów Zjednoczonych, żeby urodzić na swoich warunkach i w pewności, że nikt i nic nie przeszkodzi im w procesie porodu, odesetek cięć cesarskich wynosi 1,7%.

Jak uniknąć niepotrzebnej cesarki?

To dla mnie chyba najtrudniejsza rzecz do zrozumienia w mojej pracy – dlaczego dokładnie te osoby, którym ufamy, że pomogą nam dobrze urodzić, działają tak często przeciwko kobietom…? Przecież ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki dla każdego – jedyne, co ja zrobiłam, żeby wejść w jej posiadanie, to naprawdę bardzo dużo czytałam i edukowałam się na inne sposoby.

I to jest moja odpowiedź na pytanie „jak mogę uniknąć niepotrzebnej cesarki?”. Nie musisz jeździć na konferencje ani stać się od razu ekspertką od porodu. Ale czytaj. Zadawaj pytania. Bądź krytyczna i upierdliwa. A przede wszystkim – weź odpowiedzialność za swój poród. Nie oddawaj najważniejszej chwili w swoim życiu na łaskę i niełaskę obcych ludzi. Pamiętaj: TO TY DECYDUJESZ. MASZ TĘ MOC 🙂


Na przestrzeni tych ponad siedmiu lat wspierania i edukowania kobiet spotkałam się z ogromną masą historii, w których zadziałał mechanizm opisany w poście. Takie porody nie zawsze kończą się cesarskim cięciem – może to być inna poważna interwencja, jak np. próżnociąg, ale i to niekoniecznie. Jedno w tych historiach jest uniwersalne: kobieta czuje, że ten poród nie należał do niej. Bardzo rzadko uważa swój poród za dobre, wzmacniające doświadczenie pełne mocy. I to mnie bardzo smuci, a jednocześnie motywuje do działania. Marzę, że pewnego dnia każda kobieta będzie miała całkowitą swobodę wyboru w sprawie swojego porodu. Marzę, że unnecaesareans po prostu przestaną istnieć, a cięcie cesarskie wróci na swoje właściwe miejsce – operacji ratującej życie i zdrowie dzieciom i mamom, którzy bez tej interwencji byliby w faktycznym, a nie spowodowanym przez szpital, niebezpieczeństwie…


Miałaś cesarskie cięcie i chcesz tym razem urodzić naturalnie? Możemy wspólnie przyjrzeć się Twojej historii porodowej i poszukać sposobów na zwiększenie Twoich szans na VBAC. A może czekasz na swój pierwszy poród i chcesz upewnić się, że wiesz, jakie działania pomagają, a jakie przeszkadzają naturalnemu przebiegowi porodu? Zapraszam Cię na konsultację – online, przez telefon lub video call, również wieczorami i w weekendy. Tak, jak potrzebujesz. Zapisz się w oknie poniżej lub przeczytaj więcej o konsultacjach.


A jak to było u Ciebie? Słyszałaś kiedyś o tym, że wymienione działania mogą mieć wpływ na ryzyko wykonania cięcia cesarskiego? Daj znać w komentarzu!